Serwis używa plików cookies, aby mógł lepiej spełniać Państwa oczekiwania. Podczas korzystania z serwisu pliki te są zapisywane w pamięci urządzenia. Zapisywanie plików cookies można zablokować, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej o plikach cookies możesz przeczytać tutaj.

Autorzy więcej

Podatki do kwadratu cz.1

Niniejszy mój artykuł jest wynikiem kumulacji w dniu dzisiejszym docierających do mnie z wielu źródeł informacji nt. nowych pomysłów rządzących w kontekście opodatkowania obywateli oraz firm, a także nowych metod ZUS na załatanie dziury budżetowej, jaką sobie instytucja ta zafundowała dzięki hojnym premiom i nagrodom (oczywiście po części dzięki nim, gdyż 212 mln z zeszłego roku na nagrody to kropla w morzu potrzeb finansowych naszego ulubionego przymusowego "ubezpieczyciela").

Zacznę od informacji najlżejszych, czyli takich, które dotkną najmniej liczną grupę społeczeństwa, za to grupa, która dotknięta nowymi proponowanymi zmianami będzie odczuje je nad wymiar boleśnie. Chodzi o osoby pracujące na przynajmniej dwóch umowach jednocześnie, najlepiej obu "śmieciowych" w konfiguracji: umowa zlecenie oskładkowana, druga umowa o dzieło bez ZUS.

Jak zapewne wiecie (albo może i nie - wtedy Was uświadomię), teoretycznie obowiązuje w Polsce możliwość wyboru umowy, która ma być dla nas przez pracodawcę oskładkowana, pod warunkiem (w uproszczeniu, rzecz jasna), że mamy takich umów minimum dwie. Mamy zgodnie z przepisami prawo dokonać dowolnego wyboru, która z umów podlegać będzie obowiązkowemu ubezpieczeniu emerytalnemu, zdrowotnemu itd.

Ta sytuacja sprawia, iż pewna grupa osób korzysta z rozwiązania tego nie tak, jakby tego chciał ZUS. Mianowicie: pracodawca proponuje pracownikowi umowę zlecenie na kwotę np. 50zł brutto, która podlega obowiązkowemu oskładkowaniu oraz drugą umowę, tym razem o dzieło, na kwotę pozostałego wynagrodzenia ustalonego pomiędzy pracodawcą a pracownikiem, już bez składek (bo pracownik oczywiście wybiera oskładkowanie umowy zlecenia, skoro może odprowadzić składkę tylko od jednej, wybranej przez siebie umowy).

Tym samym z wyliczeń wychodzi, iż od 50zł brutto (pracownika), pracodawca odprowadza 60zł (niech to będzie duże brutto, bo uwzględniające koszty pracodawcy), z czego ostatecznie na konto pracownika "wraca" jeszcze 36zł. W ramach takiej umowy pracownik opłacone ma "chorobowe", czyli może iść w każdej chwili do prawie bezkolejkowego publicznego zakładu opieki zdrowotnej (albo NZOZ z umową z NFZ) i skorzystać z usług lekarza (po odczekaniu paru miesięcy w kolejce, jeśli akurat pracownik ma pecha i idzie do specjalisty). Tym samym niskim kosztem, pracownik otrzymuje to, o co większości pracowników tak naprawdę chodzi przy proszeniu o umowę o pracę - ubezpieczenie zdrowotne.
Jasne - w razie choroby i przejścia na L4 czy w razie urlopu macierzyńskiego zasiłek chorobowy jest śmiesznie niski bo obliczany jest od podstawy ubezpieczenia (a więc od 50zł), ale i tak rozwiązanie to jest bardziej korzystne, niż zwykła UoD, bo daje już ubezpieczenie.

Teraz najlepsze - umowa o dzieło, jako druga w kolejności umowa, nie musi być oskładkowana! Oznacza to, ze można otrzymywać wynagrodzenie legalnie i odprowadzać tylko dwadzieścia parę złotych na ZUS. Co więcej, można płacić tylko 9% podatku dochodowego, gdyż umowa taka najczęściej zawiera taki zakres świadczonych przez pracownika usług, by być zgodną z zapisami Ustawy o Prawie autorskim i prawach pokrewnych, i spełniać wymóg zastosowania 50% kosztów uzyskania przychodu. Praca wykonywana w ramach takiej umowy o dzieło jest zwykle zupełnie inna od tej z umowy zlecenia, nosi znamiona jednorazowej pracy, nie ma charakteru pracy stałej i powtarzalnej, jest objęta prawami autorskimi. Efekt - podatek w wysokości 9%. W przypadku umowy o dzieło niepodlegającej ochronie prawem autorskim, koszty uzyskania przychodu wynoszą 20%, ale to wciąż niższa podstawa opodatkowania aniżeli standardowe 18%.

Z powyższego rozwiązania korzysta JAKAŚ ilość osób w Polsce. Rozwiązanie to jest legalne, zgodne z prawem i można je stosować z powodzeniem od lat.

Obecnie rządzący postanowili, moim zdaniem pod naciskiem Solidarności, tę kwestię ostatecznie "rozwiązać" i uniemożliwić pracownikowi wybór umowy, która będzie oskładkowana. Teraz, dla odmiany i dobra pracownika, oskładkowane mają być WSZYSTKIE umowy, nawet o dzieło. I nieważne, czy pracownik ma umowę jedną, czy 50 - od każdej pracodawca bądź pracodawcy (jeśli pracownik pracuje w więcej niż jednym podmiocie) będą musieli odprowadzać należne składi na ZUS.

Oficjalna myśl stojąca za takim krokiem rządzących to ochrona pracowników i zwiększenie ich przyszłych świadczeń emerytalnych. Bo pracodawcy proponując taki układ pracownikowi oczywiście pracownika wykorzystują, odbierają mu to, co mu się należy a sam pracownik przez to zawsze i bezwzględnie cierpi, i każdy wolał będzie otrzymać pensję niższą o 40% (w przybliżeniu tyle pochłonie z pensji ZUS) i móc pójść na L4 płatne na 80% najniższej krajowej, aniżeli mieć wyższe wynagrodzenie i samemu zadbać o inwestycję pod kątem swojej emerytury.

Wspominałem już przy okazji jednego z wcześniejszych wpisów, że Solidarność w osobie jej przewodniczącego Pana Dudy, postulowała podobne rozwiązanie niedawno, argumentując je tym, iż oskładkowanie umów wymusi na pracodawcach zmianę stosowanych umów na umowy o pracę. Przecież skoro i przy umowie o pracę, i zleceniu czy dziele składki są takie same, to normalne, że każdy umowę o pracę da. Czy muszę komentować ten argument?
Ważne, że najwyraźniej rząd postanowił argumentację tę przyjąć i wprowadzić na siłę, raz jeszcze dla naszego dobra, taką ciekawostkę.

Dodam w tym miejscu, iż sam znam niejedną osobę, która w taki sposób pracuje przy różnego rodzaju projektach unijnych, gdzie we wnioskach aplikacyjnych, by uzyskać dofinansowanie projektu, beneficjenci musieli zawierać jak najniższe kwoty wynagrodzeń dla pracowników (istnieją pewne zasady mówiące w kontekście np. projektów z PO KL, że stosunek wartości wynagrodzeń pracowników administracyjnych projektu do wydatków na działania głównego projektu nie może być wyższy niż jakiś określony limit - ponownie w dużym uproszczeniu). Instytucje wdrażające czy doradcze same zachęcały wnioskodawców do stosowania tzw. elastycznych form zatrudnienia przy projektach, faworyzując niejako i po cichu powyższe rozwiązanie. Teraz należy zestawić sobie w głowie następujące informacje:

1. w Polsce przy projektach, na opisanych przeze mnie zasadach, pracuje kilkadziesiąt tysięcy osób (wg pewnych źródeł nieoficjalnych mówi się, że nawet ponad 100tys osób),
2. projekty zwykle realizowane są przez okres nie mniej niż roku, czasem 2-4 lat i zwykle nie można dokonać w nich zmiany w zakresie formy rozliczenia z pracownikiem i tak raz zapisana umowa zlecenie + dzieło pozostać mus do końca projektu,
3. w projektach tych założono stałe wydatki na wynagrodzenia dla administracji na określonym poziomie, a możliwości ich podniesienia po wprowadzeniu nowego przepisu nie będzie (albo będzie w bardzo ograniczonym zakresie).

Jeśli zestawimy powyższe informacje okazuje się, że po przegłosowaniu w Sejmie proponowanej ostatnio zmiany oskładkowania umów, wspomniane 100 tys osób z miejsca po prostu w większości straci 40% swoich wynagrodzeń (w niektórych przypadkach, jeśli umów dana osoba ma więcej niż 2 - nawet więcej niż 40%).

Moje pytanie do rządzących: Czy Waszym zamiarem jest spowodować zmniejszenie konsumpcji wewnętrznej w kraju i doprowadzenie do spadku PKB (100 tys ludzi wydających mniej, bo mających mniej, to już zauważalny odsetek społeczeństwa konsumującego towary i usługi w naszej gospodarce) wciągając Polskę jeszcze głębiej w kryzys gospodarczy, zbliżając nas jeszcze bardziej do recesji i poziomu zachodniej UE pod względem wzrostu gospodarczego, czy po prostu ktoś podjął populistyczny wątek wypowiedzi Pana Dudy i postanowił bez przeprowadzenia analizy ekonomicznej dokonać tak drastycznej zmiany, nie licząc się z konsekwencjami tejże?

Ja stawiam na opcję drugą. A Wy jak myślicie?

Mam nadzieję, że mój obecny artykuł przybliżył Wam choć odrobinę kwestię wpływu tej zmiany tak drobnej, że nie zasłużyła na wzmiankę w TV ani głębiej w prasie, na naszą gospodarkę i na portfele wielu z nas. Zmiana ta przecież dotknie nie tylko osób pracujących przy projektach (to jedynie przykład), ale każdego, kto raz na jakiś czas chałturzy, dorabia lub w ogóle pracuje na śmieciówkach.

W drugiej części artykułu opiszę kilka kolejnych "pomysłów" rządzących i efektów, jakie pomysły te przyniosą. Będzie o abonamencie RTV, arbitralności decyzji ZUS względem umów śmieciowych i ich stosowania przez pracodawców oraz o tym, ile jeszcze polskie społeczeństwo jest w stanie znieść obciążeń fiskalnych i administracyjnych, zanim miarka się przebierze i ulice zapełnią się od ludzi niezadowolonych z tego, co nam gang z Wiejskiej próbuje fundować.

Data:
Kategoria: Gospodarka
Komentarze 0 skomentuj »
Musisz być zalogowany, aby publikować komentarze.
Dziękujemy za wizytę.

Cieszymy się, że odwiedziłeś naszą stronę. Polub nas na Facebooku lub obserwuj na Twitterze.