Dlaczego? Bo AI spełnia jedną kluczową funkcję: potrafi przetłumaczyć chaotyczne „chcę wszystko” na ładne, grzeczne i logiczne zdania. Dziecko mówi: „Chcę wielkiego misia, tego z reklam i jeszcze żeby miał kubek”, a po chwili ekran wyświetla elegancki tekst pełen uroczych zwrotów typu „Drogi Mikołaju, jeśli znajdziesz chwilę…”. Widać rękę technologicznego elfa.
Dorośli z kolei korzystają z AI z zupełnie innych powodów. Niektórzy chcą, aby list brzmiał naprawdę wzruszająco i nadał się do wklejenia do rodzinnego albumu. Inni — bardziej pragmatyczni — oczekują, że inteligentny asystent podpowie prezenty mieszczące się w budżecie i jednocześnie „wow”. Sztuczna inteligencja stała się więc czymś w rodzaju doradcy prezentowego, który w grudniu pracuje na trzy zmiany.
AI potrafi też tworzyć same prezenty: spersonalizowane grafiki, bajki z dzieckiem w roli bohatera, kolaże wspomnień, a nawet krótkie filmy animowane. Część rodziców uważa to za świetną zabawę, część za ułatwienie, a część… za małą rewolucję w obdarowywaniu. Znikają problemy typu: „Co kupić komuś, kto ma wszystko?”. Teraz można po prostu wygenerować coś unikatowego.
Czy w takim razie sztuczna inteligencja zastąpi klasyczne listy do Mikołaja? Raczej nie. Dzieci nadal lubią rysować renifery, naklejać brokat i pisać literki, które wyglądają jakby Mikołaj jechał saniami w turbulencjach.
Sztuczna inteligencja stała się dodatkiem — nowym elfiem w pomocniczej ekipie Świętego — który ułatwia, inspiruje i czasem wywołuje niekontrolowany śmiech.
Może więc zamiast się martwić, po prostu przyjmiemy, że tradycja i technologia mogą żyć w zgodzie? W końcu najważniejsze, żeby list — niezależnie czy ręczny, czy generowany — wciąż był pełen marzeń. A tych żadna sztuczna inteligencja nie zastąpi.