My matki gorsze – pochłonięte przez pędzącą rzeczywistość, które swoim dzieciom serwują mleko z puszki i obiadek ze słoiczka, a zamiast porannej manny polewanej sokiem z malin od prababki - jaglankę i chia. Nie zakładamy po kąpieli czapeczek, a do snu obok misia montujemy monitor oddechu, bo autorytet wujek Google przestrzega przed śmiercią łóżeczkową.
Dla pokoleń babć i matek uosobienie złego wychowania – czasów bezstresowych, epoki szczepionek przeciw pneumokokom, rotawirusom i meningokokom. Te, które za krótko karmimy piersią, nie dajemy klapsów, za to chętnie dajemy sobie wchodzić na głowę. My wykreowani przez modę wzorców, preferujący wolną amerykankę, która w kontekście walki o przetrwanie, z jaką mierzyły się poprzednie pokolenia staje się bardzo ciężkostrawnym mentalnym szaleństwem. Matka Igrek - postać wielofunkcyjna, która udaje że słucha opowieści swojego trzylatka o nowym odcinku Psiego Patrolu, a w myślach płaci rachunki, robi listę zakupów, przygotowuje się do rozmowy z szefem i powtarza słówka z hiszpańskiego na zaliczenie kolejnego etapu kursu. Nie ogranicza się tylko do macierzyństwa - pracuje, sprząta, gotuje, w przerwie między praniem, a prasowaniem czyta dziecku książkę i śpiewa kołysankę o Wojtusiu do którego z popielnika iskiereczka mruga, aby gdy zaśnie móc jeszcze zrobić manicure, nałożyć serum na dekolt i wklepać krem pod oczy. To kobieta, która w macierzyństwo wchodzi sama, nie wprowadzana przez inne kobiety. Matka Janka, Franka, Nikoli i Brajana, w której poprzednie generacje upatrują brak pokory, perfekcjonizm i nierealistyczne wymagania.
My Igreki nie widzący siebie w roli podporządkowania się starszym definiowani przez Instagram i Facebooka mamy do wyboru Nurofen, Paracetamol i Ibufen, Vibowit, Marsjanki i Umcaloabo, mamy tablety, a aplikacja pomaga nam dowiedzieć się gdzie jest dziecko. Przez poprzednie generacje postrzegani jako krnąbrni ścieramy się w kotle światopoglądów wyplutych przez pokoleniową rewolucję. Dlaczego wchodzimy na ścieżkę współzawodnictwa zamiast iść w symbiozie korzystając z doświadczeń swoich prababek i nowych technologii. My także dmuchamy rozbite kolana, dwoimy się i troimy, aby ugasić histerię, bo kanapka jest pokrojona w kwadraty, a nie trójkąty, odwracamy uwagę od jajka niespodzianki tuż przy sklepowej kasie i jedyne o czym czasem marzymy to zamknąć się w łazience i sikać przez dwie godziny, by choć przez chwilę pobyć w samotności. My też wiemy jak żyć. Może warto przyjąć krytykę serwowaną przez starszych, wcisnąć klawisz try again i przekonać, że skrzydła są po to aby latać, a poprzednie generacje by wskazać, w którym kierunku.