Serwis używa plików cookies, aby mógł lepiej spełniać Państwa oczekiwania. Podczas korzystania z serwisu pliki te są zapisywane w pamięci urządzenia. Zapisywanie plików cookies można zablokować, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej o plikach cookies możesz przeczytać tutaj.

Autorzy więcej

Czego wciąż nie nauczył się Arthur Laffer

Wywiad z Arthurem Lafferem, który ukazał się w ostatnim „Do Rzeczy”, może stanowić doskonałą syntezę tzw. chicagowskiej szkoły ekonomii. Warto go przeczytać, bo mimo iż wpływy tej szkoły nie są dziś już tak wielkie, jak w latach 80', wciąż należy się liczyć z nią i z jej przedstawicielami. Z owego wywiadu z łatwością można wyciągnąć zarówno treści, dzięki którym „Chicago Boys” zyskali światową renomę, jak i te, przez które Chicago nie jest już światową stolicą ekonomii.

Czego wciąż nie nauczył się Arthur Laffer
Szkoła chicagowska zyskała globalny rozgłos przede wszystkim za sprawą jednego człowieka – Miltona Friedmana. Oczywiście każdy, kto studiuje, lub tylko interesuje się ekonomią, słyszał także o Irvingu Fisherze czy Franku Knighcie, ale to nazwisko Friedmana zna dziś każdy laik.

            Ów laik zapewne wie również, że Milton Friedman jest laureatem nagrody Nobla z ekonomii. Ale czy zna przynajmniej podstawowe założenia ilościowej teorii pieniądza, za którą amerykański ekonomista otrzymał nagrodę fundowaną przez szwedzki bank centralny? To pytanie retoryczne. Każdy, kto oglądał (lub czytał) „Wolny wybór” (polecam szczególnie odcinek kręcony w Pradze, gdzie pada ostrzeżenie pod adresem wszystkim krajów postsowieckiej Europy) lub wykłady Friedmana, wie do czego zmierzam. To lekkość, z jaką Friedman bronił podstawowych założeń wolnego rynku, błyskotliwość w krytyce socjalizmu oraz skuteczność w promowaniu wolności indywidualnej przyniosły mu tak wielką sławę. Świat lepiej zna Friedmana – „championa wolności/ludożernego kapitalizmu”, niż Friedmana – ekonomistę. I nie chcę, by twierdzenie to brzmiało jak zarzut.

            Arthur Laffer, najbardziej znany żyjący przedstawiciel szkoły chicagowskiej, jest godnym spadkobiercą Miltona Friedmana. Wkład Laffera w popularyzację wolności gospodarczej to przede wszystkim jego słynna „krzywa”, przedstawiająca stosunek wysokości opodatkowania do  podatkowych dochodów państwa. Koncepcja przecież w swojej istocie banalna (a do tego nie zawsze prawdziwa), ale wyłożona w genialnie przystępnej formie(chociaż zastanawia mnie, z jakiego powodu jest aż tak silnie promowana przez wolnorynkowców, a zwalczana przez socjalistów, skoro pokazuje ona, w jaki sposób państwo może najskuteczniej wysysać pieniądze z kieszeni obywateli).

            Szkoła chicagowska ma jednak swoją drugą, „poważniejszą” twarz – monetaryzm, którego podstawę stanowi wspomniana tu już friedmanowska wersja ilościowej teorii pieniądza. I jest to jednocześnie pole największych porażek szkoły chicagowskiej.

            Dla ilustracji przywołam tu po raz drugi postać mentora Militona Friedmana, Irvinga Fishera. W początkach XX wieku Fisher był jednym z największych entuzjastów Fedu, czyli Systemu Rezerwy Federalnej (Na marginesie: był także orędownikiem drugiej aberracji ustrojowej, która miała w tamtych czasach miejsce w USA – 18. poprawki do Konstytucji  wprowadzającej prohibicję na terenie całego państwa).  Ludwig von Mises oraz Friedrich von Hayek ostrzegali wówczas przed „polityką stabilizacji pieniężnej”, jak nazywano inflacyjną ekspansję prowadzoną właśnie przez Fed. Natomiast Fisher i inni monetaryści nie chcieli przyjąć do wiadomości zagrożeń, które wiążą się z zaprowadzonym przez bank centralny „ładem monetarnym”. 17 października 1929 r., a więc na tydzień przed krachem, Irving Fisher w dalszym ciągu przekonywał, że: „Znaleźliśmy się na permanentnym plateau cen giełdowych” oraz że został osiągnięty w pełni skonsolidowany poziom i z pewnością nigdy nie dojdzie do spadku. Kryzys 1929 r. niemal doprowadził Fishera do ruiny. 

            Dlaczego Fisher oraz pozostali „mainstreamowi” ekonomiści tak uporczywie trwali przy swoich błędach? Powodem jest przede wszystkim to, że monetaryzm, podobnie jak keynesizm, oparty jest na neoklasycznych paradygmatach, a kluczowy wpływ na obie te szkoły miała twórczość angielskiego ekonomisty Alfreda Marshalla. Marshall stanowczo sprzeciwiał się „subiektywistycznej rewolucji” zapoczątkowanej przez Karla Mengera, założyciela austriackiej szkoły ekonomii. Był również zwolennikiem stosowania w ekonomii metod matematycznych. Jak pisze Jesus Huerta de Soto: „Friedman zaciekle bronił kapitalizmu posługując się instrumentarium analitycznym typowym dla zwolenników teorii równowagi, wpisując się w nowoczesny paradygmat neoklasyczny. Dlatego jest on bezradny w obliczu powtarzających się kryzysów gospodarczych, które wymagają teorii kapitału opartej na analizie prakseologicznej, którą posługuje się austriacka szkoła ekonomii.”

            Jakie są praktyczne skutki różnic pomiędzy teoretycznymi rodowodami poszczególnych szkół ekonomicznych? Monetaryści i keynesiści nie tylko wspólnie gubią się w poszukiwaniach przyczyn kryzysu, ale także zalecają podobne metody jego zwalczania. Chodzi o zwiększenie ilości pieniądza, w celu przeciwdziałania kurczeniu się jego zasobu na rynku. Jak taka metoda sprawdza się w praktyce, możemy przekonać się dziś, kiedy, mimo powtarzających się pieniężnych tsunami wywoływanych przez Fed oraz EBC, światowa gospodarka nie może wydobyć się z kryzysu zapoczątkowanego w 2008 r. Podobnie sytuacja wyglądała w okresie Wielkiego Kryzysu, gdy osławiona polityka „New Deal” przynosiła dokładnie takie same skutki: przeciąganie kryzysu w nieskończoność.

            Z kolei przedstawiciele szkoły austriackiej niezmiennie twierdzą, że kryzys to niezbędna dla gospodarki kuracja, pozwalająca na likwidację błędnych inwestycji, których akumulacja spowodowana została wieloletnim procesem zaniżania stóp procentowych przez banki centralne. Hayek: „Każda próba zwalczania kryzysu ekspansją kredytową będzie więc nie tylko zwykłym leczeniem objawów jako przyczyn, ale również może przedłużyć depresję, opóźniając nieuniknione realne dostosowania.”

            Z wywiadu, którego Laffer udzielił „Do Rzeczy” widać, że „Chicago” wciąż pozostaje głuche na nauki szkoły austriackiej oraz doświadczenia historyczne. Gdy Laffer twierdzi, że na rynku bankowym powinna istnieć jak największa konkurencja (a pamiętajmy, że mówi to zwolennik bankowości centralnej), zdaje się zapominać, że konkurencja jest czymś ex definitione wykluczonym we współczesnym systemie, skoro ekspansję pieniężną wszystkich działających na rynku banków koordynuje bank centralny, a więc ewentualna rywalizacja  może dotyczyć warunków dla klientów drugorzędnych. Nie ma tu już miejsca na przegląd różnych teorii bankowości. Jednak poniższa debata stanowi najlepsze uzasadnienie tezy, że kwestie związane z polityką monetarną stanowią piętę achillesową szkoły chicagowskiej:


Maciej Kosicki

Maciej Kosicki - https://www.mpolska24.pl/blog/maciej-kosicki11

Kosa Wolności. Portal domowy: www.kosawolnosci.pl . UWAGA: zawiera dużą dawkę austriackiej szkoły ekonomii :)

Komentarze 5 skomentuj »

Tak z czystej ciekawości - to o czym był ten artykuł? Poza tym, że Laffer mylił się w ocenie sytuacji gospodarczej, wykazując się żenującym i całkowicie oderwanym od rzeczywistości optymizmem.

A ten "oderwany od rzeczywistości optymizm" skąd się wziął?

Proszę zapytać Laffera.

A ja myślałem, że o tym jest tekst...

Jak we wstępie, ogólne podsumowanie poglądów. Obniżajmy podatki, deregulujmy i debiurokratyzujmy, a Polska szybko dogodni gospodarczo Zachód. Oraz dajmy jak największą swobodę bankom (bez konkretów). A, no i bodaj jego babcia jest z Królewca

Musisz być zalogowany, aby publikować komentarze.
Dziękujemy za wizytę.

Cieszymy się, że odwiedziłeś naszą stronę. Polub nas na Facebooku lub obserwuj na Twitterze.