Serwis używa plików cookies, aby mógł lepiej spełniać Państwa oczekiwania. Podczas korzystania z serwisu pliki te są zapisywane w pamięci urządzenia. Zapisywanie plików cookies można zablokować, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej o plikach cookies możesz przeczytać tutaj.

Blogerzy więcej

„Tipi”

Oglala Lakota mieszkali w przenośnych domostwach zwanych tipi. W języku siou, którym posługiwał się cały naród Teton, nazwa oznacza „miejsce gdzie żyję”. Były to okrągłe, stożkowe namioty z dwoma otworami - jeden, tuż przy ziemi, służył jako wejście, a drugi, w czubku, dawał ujście dymowi z palonego wewnątrz ogniska. Rozwijanie i zwijanie tipi było obowiązkiem kobiet. Najpierw budowały szkielet z długich, około ośmiometrowych, sosnowych tyczek, a następnie naciągały na nie pokrycie, wykonane z wyprawionych skór upolowanych bizonów. Było ono pięknie udekorowane piktogramami przedstawiającymi najczęściej motywy zwierzęce, mistyczne lub przypominającymi wyprawy wojenne, w których wojownik brał udział. Wewnątrz, pod ścianami, znajdowały się posłania domowników, przyozdobiony skalpami pokonanych wrogów stojak z bronią, najcenniejsze przedmioty należące do żon i dzieci a na środku osadzano palenisko. Wejście było zawsze skierowane na wschód. Jedno lakockie tipi zamieszkiwała cała rodzina, składająca się najczęściej z siedmiu osób.

„Tipi”
źródło: www.wrealu24.pl

Prezydent miasta stołecznego Warszawy, Pani Profesor Hanna Gronkiewicz - Waltz, podobnie jak kobiety Oglala, poświęciła bardzo dużo uwagi „warszawskim tipi”. Różnica jednak jest taka, że Pani Prezydent osobiście żadnego nie zbudowała, a całe zainteresowanie skupiła na „namiotach” już gotowych. Nie będę zgłębiał mechanizmu przejmowania kamienic i placów, ponieważ jest on dość skomplikowany pod względem prawnym. Interesuje mnie natomiast skuteczność działania mechanizmów regulacyjnych państwa. Chcę wiedzieć, dlaczego sądy uznawały dokumenty podpisywane przez stuczterdziestoletnich mieszkańców Wysp Salomona czy Papui - Nowej Gwinei? Oczywiście przesadzam i wymyślam, ale z mojego punktu widzenia, tak to właśnie wygląda. Przecież każdy papierek, nawet w podrzędnym urzędzie, jest oglądany kilkanaście razy i brak imienia „babci ze strony tatusia”, w rubryce na przedostatniej stronie, powoduje jego odrzucenie. Spróbujcie złożyć kwietniowy PIT z jedną, omyłkowo wpisaną cyfrą numeru NIP lub PESEL! Wtedy cały aparat skarbowy jest gotów wydać ponad sześć złotych, aby przesyłką poleconą za zwrotnym potwierdzeniem odbioru, zawiadomić o tym złoczyńcę w trybie natychmiastowym i zagrozić mu zesłaniem do kopalni uranu, jeśli nie dokona stosownych poprawek w ciągu nanosekundy. Gdzie ci urzędnicy byli, kiedy za pomocą świstka papieru, skreślonego niewprawną ręką Aborygena, przejmowano kamienice i place wielomilionowej wartości? Ich odpowiedź będzie pewnie następująca: na urlopie, na macierzyńskim, na wychowawczym, w delegacji lub na zwolnieniu lekarskim. Czemu mnie to nie dziwi?

Komisja Weryfikacyjna do spraw Reprywatyzacji, prowadzona przez Pana Posła Patryka Jakiego, zanotowała już pierwsze sukcesy, poprzez uchylenie kilku administracyjnych decyzji reprywatyzacyjnych. Warszawskie adresy, takie jak Sienna 29 czy Chmielna 70, znane są w całej Polsce. Bardzo dobrze - sprawiedliwości staje się wreszcie zadość! Tyle tylko, że sama Komisja, pomimo tytanicznego wysiłku i największego zaangażowania swoich członków, nie jest w stanie wyczyścić samodzielnie tej stajni Augiasza. Potrzebne jest podjęcie kompleksowych działań, które dotrą do wszystkich, nawet najmniejszych trybików, reprywatyzacyjnej machiny. Należy prześwietlić czynności każdego urzędnika, który w jakikolwiek sposób, choćby jedynie przystawiając pieczątkę „za zgodność”, brał udział w tym procederze i surowo go z tych działań rozliczyć. Wiem, że to praca na długie miesiące, wiem również, że koszty będą bardzo duże, ale wiem także, że jej owoce można będzie zbierać przez najbliższe kilkadziesiąt lat i to w całej Polsce. Nigdy nie byłem w warszawskim Ratuszu i nie znam żadnego urzędnika w nim zatrudnionego. Znam jednak meandry ludzkiej psychiki, specyfikę zachowań dużych skupisk homo sapiens i wiem, że cytat z klasyka „wszyscy wszystko wiedzą”, ma tam zastosowanie. O czym plotkowano przy porannej kawie, podczas przerwy na papieroska, czy w kolejce do bufetu? Założę się o większą sumkę, że wiodącymi tematami było - „kto, co i za ile”, dlatego z uporem maniaka podtrzymuję tezę, że podjęcie postulowanych przeze mnie czynności, przyniesie oczekiwane skutki.

Pamiętam, gdy w sierpniu 2016 roku gruchnęła wieść, kolportowana przez Pana Piotra Guziała, że córka jednego z byłych Prezydentów Polski, o wdzięcznym, monarchicznym imieniu Elżbieta, nabyła za gotówkę mieszkanie, w zwróconej kamienicy przy ulicy Odolańskiej na warszawskim Mokotowie. Natychmiast ruszyła cała medialna machina „zadymiająco - rozmydlająca” problem i jak zwykle skończyło się na wydaniu oświadczenia, czyli na niczym - sprawy praktycznie nie było. Nie zdziwiło mnie to wcale, gdyż w mej pamięci pozostaje „aferka fundacyjkowa”. Wtedy również pojawiła się latorośl byłego Prezydenta Rzeczpospolitej, o nie mniej dźwięcznym, tym razem mickiewiczowskim imieniu Zosia. Na jednym z portali społecznościowych powstał szum i tumult. Wtedy w sukurs Pani Zofii, ruszyła słynna prawicowa blogerka, która broniła prezydenckiego dziecięcia jak lwica. Dziś nie ma już znaczenia czy blogerka pisała całkiem „od rzeczy” czy całkiem „do rzeczy”, ale finalnie okazało się, że całe to obrastanie w „fundacyjne sadło” jest prezydenckiemu pacholęciu należne i basta. Powyższe przykłady nie zostały przytoczone po to, aby narazić czyjeś dobre imię na szwank. Nie twierdzę, że opisane działania były lub są niezgodne z prawem, choć o ich aspektach moralnych można długo deliberować, twierdzę natomiast, że osoby z publicznego piedestału, dzięki posiadaniu odpowiedniego potencjału finansowego i zaplecza personalnego, są często poza zasięgiem regulacji, które codziennie trzymają w ryzach zwykłego Kowalskiego czy Nowaka i po raz kolejny staram się dowieść słuszności tezy, iż dewastacja pewnych niewłaściwych mechanizmów społecznych, musi następować oddolnie.

Gdy prawie ukończyłem pisanie niniejszego tekstu, wsparłem głowę na dłoni i pogrążyłem się w chwilowej zadumie, bowiem zaczęło mnie nurtować pytanie, czy kogoś nim nie skrzywdzę? Wtedy przyszedł mi na myśl, wyrzucony z mieszkania w zreprywatyzowanej kamienicy, Powstaniec Warszawski, kombatant, członek Armii Krajowej, więzień katowni Urzędu Bezpieczeństwa, odznaczony medalem „Obrońcy Ojczyzny” - stujednoletni Pan Major Czesław Mostek, którego ulokowano w małej, zawilgoconej, piwnicznej klitce… Odpowiedź przyszła natychmiast - „Nie, Panie Majorze! Melduję, że nikogo nie skrzywdzę!”.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 07 sierpnia 2017 r.

Data:
Kategoria: Polska
Tagi: #
Komentarze 0 skomentuj »
Musisz być zalogowany, aby publikować komentarze.
Dziękujemy za wizytę.

Cieszymy się, że odwiedziłeś naszą stronę. Polub nas na Facebooku lub obserwuj na Twitterze.