Serwis używa plików cookies, aby mógł lepiej spełniać Państwa oczekiwania. Podczas korzystania z serwisu pliki te są zapisywane w pamięci urządzenia. Zapisywanie plików cookies można zablokować, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej o plikach cookies możesz przeczytać tutaj.

Autorzy więcej

Lublin - miasto rosnącej tandety

Miasto piękne, lecz za czasów prezydenta Krzysztofa Żuka, obracające się w tandetną tkankę. Dlaczego?

W poważnym zarządzaniu miastem główne znaczenie mają dwa czasy: przeszły i przyszły. Teraźniejszość to domena urzędników. Wizji połączenia przeszłości z przyszłością oczekuje się od prezydentów, burmistrzów. Przeszłość to tradycja, historia obecna na ulicach, wyryta w budynkach, parkach, pamięci przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Przyszłość to umiejętność zachowania szacunku do pracy pokoleń, ciągłości, przewidzenia i kształtowania rozwoju miasta. To również dbałość o następne pokolenie w zakresie budżetu. Zadłużanie się na coś, co nie jest pilne, konieczne, niezbędne, rozwojowe, to blokowanie naszym dzieciom i wnukom możliwości pełnego decydowania o sobie.  

Lublin. Największe miasto na wschód od Wisły. Brak tu zarządców z wizją. Są jedynie urzędnicy, co niestety widać po tym, jak depcze się zarówno przeszłość, jak i przyszłość. Dedykuję im dialog z komedii Stanisława Barei "Poszukiwany poszukiwana", który wyśmienicie oddaje to, co dzieje się w kozim grodzie. Choć jednocześnie wrażenie, że akurat za PRL-u bardziej dbano choćby o rozwój zielonych przestrzeni.

Dyrektor: Zadania, jakie życie stawia przed problemem zagospodarowania przestrzeni użytkowej zwiększyły szeroki krok frontu budowlanego. Przykładem istotnego rozmieszczenia będzie tu koncepcja urbanizacji dzielnicy "Michałów", która koliduje z ogólną koncepcją, nakreśloną w lutym ubiegłego roku." (...)  A ten artykuł Marysia czytała?          

Marysia: A, te bzdury.... Tak. Facet chce wyburzyć XIX wieczne budowle, żeby postawić budki z piwem.

Dyrektor: Marysiu, nie budki z piwem, tylko pawilony handlowe. Idzie nowe i my burzymy przeżytki.

Marysia: Po co ma iść nowe tam, gdzie przeżytki jeszcze świetnie się trzymają. Te przeżytki przeżyją jeszcze niejedno, nowe osiedle (...).  

Marysia, czyli Stanisław Maria Rohowicz, przygotował/a "Nową koncepcję wtapiania zabytków w pejzaż urbanistyczny." Dzisiaj znów "dyrektorzy z zawodu" mogliby się uczyć od Marysi, jak powinna wyglądać przestrzeń publiczna.

Po kolei więc.

1. Górki czechowskie.

Władze Lublina zadecydowały o sprzedaży tzw. Górek czechowskich, sąsiadujących z dużymi osiedlami. Po protestach sprawa zagospodarowania nieco utknęła. Jakiś czas temu doszło do transakcji (grunt kupiła spółka Echo Investments, a po zmianie władzy w Polsce jedna z osób powiązana ze spółką została aresztowana przez CBA. Niestety nie znam dalszych losów tej postaci.). Przez długi okres nic tam się nie działo. Miasto nie zdecydowało się odkupić terenu od Echo, gdy owa spółka postanowiła pozbyć się ziemi. Teren nabył kolejny deweloper. Urząd Miasta nie uznał, by można zostawić mieszkańcom zielony klina napowietrzający, tylko doszedł do "wniosku", że można to zabudować. Beneficjentem stał się w pierwszym rzędzie deweloper, a nie wszyscy mieszkańcy. Bogaty i przewidujący człowiek kupuje nieruchomości, ponieważ to najlepsza inwestycja. Tak nie zachowali się urzędnicy Lublina.

Dalsze skandaliczne zachowanie Prezydenta Lublina i urzędników lubelskich pokazuje coś jeszcze. Skoro inwestor (spółka TBV Investment) kupiła teren ze świadomością, że plan zagospodarowania przewiduje zabudowę tylko 30 ze 105 hektarów (reszta jest pod ochroną ze względu na walory przyrodnicze), to dlaczego domaga się zmiany planu zagospodarowania? Co więcej "oczekuje" (!) tego, aby dopuszczono tam zabudowę wielorodzinną z funkcjami usługowymi (zdaje się, że plan nie dopuszczał stawiania bloków mieszkalnych, a tylko części usługowo-handlowej). Jeśli kupiec wie co kupuje za określoną cenę, dlaczego potem w ogóle dopuszcza się negocjacje zmiany przedmiotu zakupu bez pertraktacji odnośnie ceny? To, że obecne władze Lublina na czele z prezydentem Żukiem są z jakiegoś powodu bardzo przychylne deweloperom, to wielu mieszkańców Koziego Grodu pisze już w komentarzach pod artykułami opisującymi właśnie takie transakcje. I coraz bardziej podatnicy są niecierpliwi z tego powodu (przykładem Orion, a teraz TBV Investment). Dla kogo ma być miasto? Dla majętnego dewelopera czy dla mieszkańców? Profesor Ewa Trzaskowska z Katedry Przyrodniczych Podstaw Architektury Krajobrazu KUL wyraziła już swoją opinię na temat zabudowy tego terenu: "Będziemy oddychać z większym trudem i cierpieć na astmę i alergię. Strat nie odczujemy za miesiąc lub dwa, ale w dłuższej perspektywie będziemy tego żałować." (cytat z lublin.wyborcza.pl/lublin/1,48724,20110074,spolecznicy-i-naukowcy-w-obronie-gorek-czechowskich-osiedlowy.html#ixzz49GUji1HY). Podobną opinię przedstawił Prof. Michał Kaszewski, kierownik Zakładu Meteorologii i Klimatologii UMCS i "zaznaczył, że zabudowa Górek Czechowskich spowoduje nieodwracalne w skutkach zablokowanie dopływu powietrza do miasta. - Dzięki temu terenowi mamy swobodny dopływ chłodnego powietrza z północy. Górki pełnią bowiem rolę naturalnego klina nawietrzającego miasto. Zabudowanie terenu może pogorszyć warunki aerosanitarne na obszarze całego Lublina. W mieście będzie cieplej i bardziej duszno - mówił na konferencji naukowiec." (cytat j.w.)

Jeśli to nie jest argument dla miasta, to jakiego argumentu potrzebują urzędnicy? Wszędzie tam, gdzie jest rozsądne planowanie, powiększa się tereny zielone ze względu na rosnące zanieczyszczenie powietrza, a Lublin idzie na przekór. Z jednej strony magistrat wycina ruch kołowy w centrum miasta, a z drugiej zabiera mieszkańcom świeże powietrze i zieleń. Wygrywa opcja zabetonowania? Potem zdziwienie, że w czasie ulew są podtopienia? Gdzie woda ma wsiąkać? Coraz mniej rodzi się dzieci, młodzież i dorośli wyjeżdżają. Z takich miast jak Lublin - gdzie zabito większość przemysłu i dużych zakładów pracy - tym bardziej. Przyszłość pod takim zarządem urzędniczym, to betonowa geriatria. W dodatku duszna i zanieczyszczona. Za kilka milionów złotych sprzedaje się tereny, by wydać to na utwardzenie przestrzeni kostką brukową i spłatę odsetek na zaciągane w tym celu kredyty. Błędne i chore koło. Szokująca jest wypowiedź rzeczniczki prasowej prezydenta Lublina: "Zależy nam na tym, żeby chronić cenne przyrodniczo tereny - mówi Beata Krzyżanowska, rzecznik prasowy prezydenta. - Widzimy także potrzebę dyskusji nad zmianą planu, ale do rozmów chcemy zaprosić nowego właściciela terenu" (cytat j.w.) Słucham?! Widzimy potrzebę zmiany planu? Zaproszenie do rozmów dla dewelopera, po fakcie kupna terenu? Kto widzi taką potrzebę? Ludzie, mieszkańcy? Jedyni, którzy widzą tu potrzebę zmiany, to nowi nabywcy terenu. Jeśli zaś ratusz i prezydent tak czynią, pod oczekiwania nie mieszkańców, a właścicieli spółki budowlanej, widzą "potrzebę" zmiany sprzedanego terenu na bardziej wartościowy dla kupca, to jest to działanie na szkodę ogółu i faworyzowanie - również finansowe - działań dewelopera. To już jest zbyt poważna sprawa.

2. Kręgielnia

Druga kwestia. Również ma związek z deweloperem (!). Tym razem chodzi o Orion, również lubelską firmę, która została założona przez ostatniego PRL-owskiego prezydenta Lublina, Edwarda Leńczuka. Przy ulicy Wieniawskiej stał zabytkowy (choć nie oficjalnie, nie został nigdy wpisany do rejestru zabytków) pohitlerowski budynek. Kręgielnia. Jedyny taki budynek na świecie. Ewenement. Kręgielnia była zbudowana dla Odilo Globocnika, szefa SS i policji na dystrykt lubelski Generalnego Gubernatorstwa. Wokół budynku, niezwykle cenna przestrzeń, która przy sprawnym zarządcy stałaby się pulsującą częścią miasta. Były i drzewa, zieleń. Oczywiście pozostawione bez sprawnej opieki i pomysłu marniało w oczach. Może o to chodziło? Aby pokazać: "proszę, wszystko zarasta, lepiej sprzedać!". Zamykamy, wyprzedaż. Tak też zrobiono. Sprzedano wyjątkową przestrzeń pod... budowę biurowca. Pokoje w budynku miał wynajmować... urząd. Co za złoty interes! Oczywiście dla Oriona, a nie mieszkańców. Zburzono poniemiecką kręgielnię, wycięto drzewa, zalano plac betonem, stalą i szkłem. Zniszczono okazję do pokazywania historii miasta, a postawiono klocek bez wyrazu, zalepiający potwornością kolejny fragment cennego centrum Lublina. Pikanterii dodaje fakt, że już przed transakcją podnoszono, iż taki układ jest nielegalny. Co takim się okazało.

"Najpierw miasto sprzedało firmie Orion działkę przy ul. Wieniawskiej, gdzie dziś powstaje okazały biurowiec. Następnie ratusz podpisał z deweloperem umowę na wynajęcie w tym gmachu 14 tys. metrów kw. dla urzędników. Za działkę miasto otrzymało ponad 11 mln zł. 10-letni czynsz za wynajem powierzchni miał wynieść 70 mln zł, ale w umowie jest zastrzeżenie, że po dwóch latach miasto może od Oriona odkupić biura, które zajmowali urzędnicy. (http://www.kurierlubelski.pl/aktualnosci/art/9098216,miasto-rozwiazuje-umowe-na-biurowiec-przy-wieniawskiej,id,t.html)

3. Plac litewski

Przebudowano Plac Litewski. Właściwie nie wiadomo po co, ponieważ Plac Litewski był w dobrym stanie, jedynie fontanna mogła być wyremontowana. Koszt, jakie miasto wyłożyło na przebudowę, to "dzieło" z cyklu "zastaw się, a postaw się". Miasto z dużym zadłużeniem wkłada ogromne pieniądze na kosmetykę. Zamknięto część ulicy Krakowskie Przedmieście, chociaż ruch na tej ulicy nie był duży. Umożliwiał jednak dowiezienie bliżej deptaka osób starszych, niedołężnych. Przystanek autobusów miejskich oraz możliwość skorzystania z taksówki, zniknęły. Pamiętam, jak po moich uwagach krytycznych odnośnie zapowiadanego remontu placu zaprosił mnie na rozmowę wiceprezydent miasta. Poszedłem. Rozmowa była bardzo miła, ale pan wiceprezydent został przy swoim stanowisku. Podnosiłem - między innymi - iż zimą ten cały plac i zlikwidowana ulica będą po prostu wymarłe. Tam nic się nie będzie działo. Bywa problem i z deptakiem istniejącym dotychczas, na Krakowskim Przedmieściu, a dołożono do tego i dalszą część Krakowskiego. Niestety ludzie rządzą się wygodą i na siłę nikt nikogo nie zmusi do maszerowania. W dawnych czasach tętniło coś życiem tam, gdzie był rynek, czyli handel. Sam plac nie spełnia takiej roli. Znam podobny przypadek z ulicą Długą w Bydgoszczy. Odkąd zrobiono z niej wyłącznie deptak, handel umarł. Od ręki można tam wynająć lokal. Zawsze jest coś dostępnego, bo trudno się tam utrzymać. Nie jestem przeciwnikiem deptaków. Wręcz przeciwnie. Trakt od Bramy Krakowskiej do Podzamcza znakomicie się sprawdza i żyje. Ale nie wszędzie tak jest i nie wszędzie będzie. Na wizualizacjach Placu zwróciłem uwagę na coś jeszcze. Lampy oświetleniowe, uliczne, w stylu modernistycznym. Proste, jak tandetna lampka na biurko. Pasuje jak świni siodło. Wokół historyczne, zabytkowe, stylowe budynki, na dalszym deptaku latarnie stylowe, a tu wstawiono coś zupełnie nie pasujące do niczego. Na moje pytanie mailowe, czy takie będą postawione, odpowiedziano mi tylko "tak". Żadnej refleksji. Mniemam, że prezydent Krzysztof Żuk oglądał wizualizacje przed zatwierdzeniem projektu. I zatwierdził taką szmirę. Nie tylko brak smaku, gustu, ale barbarzyństwo, brak wrażliwości na sztukę, piękno. Rzeźnictwo piękna i architektury. To samo oczywiście odnosi się do osób, które projektowały przebudowę i wzięły za to sowite wynagrodzenie z podatków lublinian. Podnoszono również, iż granit będzie śliski na mrozie i deszczu. Nic z takich uwag nie dotarło do rządzących miastem.

Plac Litewski został przebudowany. Poszedłem tam. Pierwsze wrażenie: betonowa pustynia. Zmniejszono - przynajmniej wizualnie - ilość zielonej przestrzeni na placu, wykrojono jakieś owale, zabierając to co zielone (jak choćby przy pomniku Unii Lubelskiej). To, co wyrabia się z placami w całej Polsce, usuwa się życie. Drugie spostrzeżenie: fontanny są tandetne. Wykonanie ich również. Już są pierwsze awarie i uszkodzenia. Jak to będzie wyglądało zimą? Pustka. Trzecie: kto wpadł na "pomysł" drzew w donicach? Wygląd to idiotycznie. Bez klasy. Co więcej, kto wsadził tam drzewa liściaste? Oczami wyobraźni zobaczyłem ten plac już od późnej jesieni. Ogołocone z liści kikuty. Jak już wyrugowano tyle życia z placu, to można było wsadzić tam interesujące i efektowne gatunki drzew iglastych. W ten sposób plac byłby bardziej żywy, zielony, również jesienią i zimą. To wszystko pokazuje, że jest to robione bez pomysłu, kiczowato i bez styczności z rzeczywistością. Dosłownie jak z filmu "Poszukiwany poszukiwana". Włożono pieniądze w miejsce, które jest raczej przechodnim miejscem dla większości. Ludzie pracują, zmierzają z jednego punktu do drugiego. Za wiele osób tam nie przesiaduje, to nie Łazienki. Bardzo blisko jest Ogród Saski, który zawsze będzie dawał znacznie lepszy azyl do odpoczynku niż kiedykolwiek da Plac Litewski.

Internauci zwrócili również uwagę, że wcześniej były tam stanowiska do gry w szachy/warcaby. Emeryci przychodzili tam sobie i w cieniu drzew grali, rozmawiali. Teraz? Ustawiono takie podwójne ławeczki ze stołem... poza promieniem koron drzew. Słusznie wytykają, iż osoby starsze nie będą smażyły się w słońcu, bo udaru można dostać. Niszczy się zieleń, wygania się ludzi. Beton. Nie mówię tylko o placu...

Były prezydent Paweł Bryłowski był przeciw przedłużaniu deptaka. I słusznie. "Nie wolno przedłużać deptaka. Gdyby była taka możliwość, to skorzystalibyśmy z niej już w momencie budowy obecnego fragmentu. Wydłużenie deptaka zakłóci układ komunikacyjny w śródmieściu - ocenia." Najwidoczniej rozsądne argumenty nie dotarły do Krzysztofa Żuka.

W ten sposób skierował większy ruch na inne ulice. Wcześniej rozłożony był bardziej równomiernie, teraz zaś zwiększył hałas i zanieczyszczenie powietrza na Narutowicza. No i objazd spowodował większe korki oraz spalanie paliwa.

4. Krakowskie Przedmieście - deptak

Również ma być modernizowany. Za 7 milionów złotych! Po co? Bo tak sobie zamarzył - z pieniędzy podatników - prezydent Żuk. Będą remontować to, co dobrze wygląda. Tutaj również stylowe latarnie zostaną zastąpione nowoczesnymi, ledowymi. Pasować to będzie do otaczających budynków jak... Żuk na prezydenta. Można w Lubinie wskazać mnóstwo obszarów, gdzie przydałyby się pieniądze na renowację. Zamiast zrywać i niszczyć to, co dobrze wygląda i funkcjonuje. Na przykład dworzec PKS przy Podzamczu i całe jego otoczenia. Znajdziecie tam płyty chodnikowe pamiętające jeszcze czasy PRL-u. Połamane, kołyszące się, pełne dziur. Można zająć się tym terenem? Ale po co. Pokrętne myślenie urzędników. Wiecie dlaczego? Ponieważ wydają nie swoje pieniądze. Gdyby wydawali ze swojej kieszenie, pięć razy by się zastanowili, czy na pewno można coś wysupłać i na co.

Przy okazji posadzone będą drzewa przy Placu Łokietka. Jak? Ano w donicach. Nie wiem skąd taka mania promowania tego kretyńskiego pomysłu. Jakiś producent donic obiecuje procent z zysków urzędnikom i projektantom w całej Polsce? Podobne uwagi zgłaszano również do remontu deptaka. Mają być betony wokół drzew, spełniające funkcje ławek. Po co? Zagracenie przestrzeni, gdy sama ławka jest praktyczniejsza, przyjemniejsza i nie zabiera przestrzeni.

Z każdej strony płyną słowa, iż nowe drogi nie powodują innowacyjności. Nowy asfalt niczego nie wymyśli, nie spowoduje rozwoju miasta, nie da pracy kolejnemu absolwentowi uczelni. Przykład Hiszpanii i Portugalii aż nadto pokazuje, jak to się kończy. Czy to brak wiedzy czy celowe działania każe urzędnikom pomijać doświadczenie tych krajów? Zamiast te pieniądze zainwestować w rozwój przemysłu, przedsiębiorczości, wesprzeć dobre pomysły, to położy się nową nawierzchnię na dobrze wyglądającym Krakowskim Przedmieściu. Niech leje się pieniądz, niech banki zarabiają na odsetkach. Po nas choćby potop. Kto tego potrzebuje? Czy planując domowy budżet, zaciągniecie kredyt i wydacie wielokrotność swojej pensji na to, aby postawić kryształowe i drogie lustro? Nieważne będzie za co opłacicie rachunki, zakupicie żywność, czy gdzie będziecie pracować. Ale kryształowe lustro zawiśnie w pokoju. Megalomania, brak wizji i szacunku dla przyszłości. Zaręczam, żaden turysta nie powie, że w tej chwili "stary" deptak to zaniedbany teren. Mieszkańcy również. Wygląda to na kaprys urzędników i finansowe pożądanie firm wykonawczych. Czy tego potrzebują zmęczeni marazmem lublinianie? Niemożnością znalezienia dobrze płatnej pracy, narzekający na pustkę zawodową? Mówią, że powstają tylko kolejne galerie handlowe. Zauważają wydarzenia artystyczne, jakie są w okresie letnim. Ale, by to docenić, najpierw potrzebują dobrej pracy. Dla kilku festiwali nie zostaną w Lublinie, lecz szukają pracy w większych miastach. Póki tego nie pojmą urzędnicy, póki nie będzie sprawnego w zarządzaniu wizjonera, dopóty w Lublinie nadal resztki pieniędzy będą wylewane na kolejne tony kostki brukowej, granitu i nowych latarni. Czy w świetle wydatków, budżetu i potrzeb, naprawdę są to najpilniejsze zadania? Przypomina to orkiestrę na Titanicu.

5. Arkadia

Powstają za to tzw. galerie handlowe. Szkaradne bloki, a każdy tandetny i bez pomysłu na atrakcyjną formę. Jak z filmu Barei: "pawilony handlowe. Idzie nowe i burzymy przeżytki". Co zaś z przestrzenią pomiędzy Świętoduską i Lubartowską? Można było zrobić tam piękny mini park, przestrzeń dla ludzi, odpoczynku. Zamiast tego postanowiono, aby ktoś zdjął "problem" z barków urzędniczych, aby nie musieli się nad tym zastanawiać. Sprzedano pod... kolejną galerię handlową. Nie liczyła się wizytówka miasta, piękno, ale kolejna tandeta.

6. Symbolika

To już niestety nieco dawniej. Wyrugowano z przestrzeni miejskiej wspaniały symbol miasta - koziołka. Zamiast tego wprowadzono oko w dwóch łamanych liniach. Wszędzie na Zachodzie duma rozpiera z własnego herbu. W Liverpoolu pięknie z kwiatów układa się co roku dużego feniksa będącego symbolem miasta. Nikomu nie przychodzi do głowy wyrzucić go i w zamian za to umieścić coś zupełnie nowego. Burzyć to, co jest piękną tradycją i wprowadzać nowe, tandetne. Plan Pabsta znają urzędnicy? Gdy to Niemcy na długo przed 1944 rokiem planowali wyburzyć zabytkową (i nie tylko) zabudowę Warszawy, aby uczynić z niego wzorowe miasteczko tranzytowe i do zarządzania podbitą kolonią. Niszczenia tradycji dokonywali raczej okupanci, a nie samorządy rodzime. Lubelskiego koziołka można już spotkać tylko na starych budynkach, oficjalnych dokumentach. W pozostałe obszary wrzucono "oko". Spójrzcie na jakikolwiek autobus, czy znajdziecie tam herb Lublina. Hasło "Miasto inspiracji" nie musiało wcale niszczyć tradycji, doskonale współgrałoby z tym, co od wieków zastane.

Epilog

Lublin raz bywał lepiej, raz gorzej zarządzany. Ale pod zarządem Krzysztofa Żuka stacza się w drogi kicz i chodzi na sznurku deweloperów. Kolejne kroki to tylko coraz gorsze pomysły i wydawanie publicznych pieniędzy tam, gdzie tego nie potrzeba. Gdy tymczasem brak jest pracy, godziwych zarobków. Fakt, nie od tego są urzędnicy. Ale i nie od tego, aby marnotrawić wspólny grosz i szkaradzić zabytkową tkankę. Zachować tereny zielone (górki czechowskie), ewenement historyczny (nazistowska kręgielnia) z zielenią, czy zająć się zaniedbanymi terenami przy Lubartowskiej i dworcu PKS, to już zbyt trudne dla Krzysztofa Żuka i jego urzędników. To co cenne tam jeszcze pozostało, zostanie potraktowane jako przeżytek i wyburzone pod kolejny szklany maszkaron. Albo celowo zostawi się bez dozoru, by niszczało i zaistniał pretekst do sprzedaży komuś, kto będzie tylko liczył, ile na tym może zarobić. Bez względu na konsekwencje.

Kiedy w Lublinie będzie znów ktoś z wizją? Kiedy miasto zacznie zajmować się tym, jak zatrzymać ludzi w Lublinie? Kiedy ktoś będzie umiał uszanować przeszłość i nie wpychać w bezproduktywne i nierozwojowe betonowanie przestrzeni? Modne dzisiaj słowo to "innowacyjność". Napiszę: "rozwój nauki i przemysłu". Kostka brukowa, choćby ze złota, nie zatrzyma upadku miasta, ponieważ tworzą go ludzie. Mam wrażenie, że tak daleko od nich są urzędnicy. Lublin miejscem inspiracji? Raczej: Lublin - miejsce bez pomysłu.

Komentarze 0 skomentuj »
Musisz być zalogowany, aby publikować komentarze.
Dziękujemy za wizytę.

Cieszymy się, że odwiedziłeś naszą stronę. Polub nas na Facebooku lub obserwuj na Twitterze.