Potem jest coroczne przeciąganie liny: „U kogo Wigilia?”. To ten moment, kiedy wszyscy nagle przypominają sobie zasady dyplomacji, a rozmowy o lokalizacji są bardziej napięte niż szczyt NATO. Padają pytania: „A czemu u was w zeszłym roku?”, „Czy u cioci jest wystarczająco dużo krzeseł?”, „Czy pies babci znowu będzie jadł pierogi z talerza?”. I nikt nie ma odwagi powiedzieć tego, co myślą wszyscy: najlepiej byłoby zamówić pizzę i udawać, że to opłatek.
A prezenty? O tak, prezenty to crème de la crème świątecznego absurdu. Obdarowujemy się rzeczami, których nikt nie chciał, ale wszyscy udają, że są zachwyceni. Otwierasz paczkę i widzisz zestaw trzech świeczek pachnących „zimową nocą w lesie”. Po 10 minutach twój salon pachnie jak iglak po przejściach. Z kolei ty wręczasz skarpety w renifery, bo „wie, że to żart”. Nie wie. I nie zrozumie.
Kolejny element to przedsylwestrowy maraton kulinarno-psychologiczny. Bo oczywiście każda potrawa musi być „jak u mamy”, tylko nigdy nie wiadomo której. Barszcz ma być kwaśny, ale nie za bardzo. Makowiec ma być mokry, ale nie wilgotny. Ryba ma być smażona, ale niesmażona, a jeśli ktoś odważy się zaproponować coś nowego, jak np. sushi — zostaje skreślony z listy rodzinnej miłości do marca.
No i wreszcie najgorsze: świąteczna atmosfera, czyli ta niepisana presja, że wszyscy muszą być szczęśliwi. Wesołych świąt! Uśmiech! Kolędy! Nadzieja!
Rodzina! Magia! A człowiek by się normalnie położył na kanapie i obejrzał cokolwiek, co nie ma reniferów. Ale nie możesz. Święta nie pozwalają.
I ostatecznie, gdy już wszystko minie — gdy usiądziesz, odetchniesz, zjesz ostatni piernik i wrócisz do normalności — przychodzi refleksja:
Za rok znowu to samo.
I wiecie co?
Pewnie znowu będziemy narzekać. I znowu to polubimy. Bo takie właśnie są święta — wkurzające, chaotyczne, przegięte… i w dziwny sposób nasze.
Ale dopóki trwa grudzień, pozwólcie mi ponarzekać. Dla higieny psychicznej.