Serwis używa plików cookies, aby mógł lepiej spełniać Państwa oczekiwania. Podczas korzystania z serwisu pliki te są zapisywane w pamięci urządzenia. Zapisywanie plików cookies można zablokować, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej o plikach cookies możesz przeczytać tutaj.

Autorzy więcej

Jak mnie wkurzają święta

Powiem to wprost, zanim znów usłyszę „Last Christmas” : święta mnie wkurzają. I to nie tak delikatnie, że „trochę męczą”. Nie. To jest pełnoprawne, certyfikowane, wkurzenie (by nie napisać mocniej) klasy premium. Zaczyna się już w listopadzie, kiedy galerie handlowe dekorują się tak intensywnie, jakby walczyły o nagrodę za najgłośniej świecącego renifera w Unii Europejskiej. Wchodzisz po żel do mycia, wychodzisz z bombkami, skarpetami z Mikołajem i kredytem gotówkowym na „magiczne święta”. A przecież jeszcze nawet nie ma mrozu.

Jak mnie wkurzają święta
źródło: pixabay

Potem jest coroczne przeciąganie liny: „U kogo Wigilia?”. To ten moment, kiedy wszyscy nagle przypominają sobie zasady dyplomacji, a rozmowy o lokalizacji są bardziej napięte niż szczyt NATO. Padają pytania: „A czemu u was w zeszłym roku?”, „Czy u cioci jest wystarczająco dużo krzeseł?”, „Czy pies babci znowu będzie jadł pierogi z talerza?”. I nikt nie ma odwagi powiedzieć tego, co myślą wszyscy: najlepiej byłoby zamówić pizzę i udawać, że to opłatek.

A prezenty? O tak, prezenty to crème de la crème świątecznego absurdu. Obdarowujemy się rzeczami, których nikt nie chciał, ale wszyscy udają, że są zachwyceni. Otwierasz paczkę i widzisz zestaw trzech świeczek pachnących „zimową nocą w lesie”. Po 10 minutach twój salon pachnie jak iglak po przejściach. Z kolei ty wręczasz skarpety w renifery, bo „wie, że to żart”. Nie wie. I nie zrozumie.

Kolejny element to przedsylwestrowy maraton kulinarno-psychologiczny. Bo oczywiście każda potrawa musi być „jak u mamy”, tylko nigdy nie wiadomo której. Barszcz ma być kwaśny, ale nie za bardzo. Makowiec ma być mokry, ale nie wilgotny. Ryba ma być smażona, ale niesmażona, a jeśli ktoś odważy się zaproponować coś nowego, jak np. sushi — zostaje skreślony z listy rodzinnej miłości do marca.

No i wreszcie najgorsze: świąteczna atmosfera, czyli ta niepisana presja, że wszyscy muszą być szczęśliwi. Wesołych świąt! Uśmiech! Kolędy! Nadzieja!

Rodzina! Magia! A człowiek by się normalnie położył na kanapie i obejrzał cokolwiek, co nie ma reniferów. Ale nie możesz. Święta nie pozwalają.

I ostatecznie, gdy już wszystko minie — gdy usiądziesz, odetchniesz, zjesz ostatni piernik i wrócisz do normalności — przychodzi refleksja:

Za rok znowu to samo.

I wiecie co?

Pewnie znowu będziemy narzekać. I znowu to polubimy. Bo takie właśnie są święta — wkurzające, chaotyczne, przegięte… i w dziwny sposób nasze.

Ale dopóki trwa grudzień, pozwólcie mi ponarzekać. Dla higieny psychicznej.

Data:
Komentarze 0 skomentuj »
Musisz być zalogowany, aby publikować komentarze.
Dziękujemy za wizytę.

Cieszymy się, że odwiedziłeś naszą stronę. Polub nas na Facebooku lub obserwuj na Twitterze.