Serwis używa plików cookies, aby mógł lepiej spełniać Państwa oczekiwania. Podczas korzystania z serwisu pliki te są zapisywane w pamięci urządzenia. Zapisywanie plików cookies można zablokować, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej o plikach cookies możesz przeczytać tutaj.

Autorzy więcej

Polski wymiar (nie)sprawiedliwości

Dzisiejszy wpis zainspirowany został sytuacją z życia wziętą. Postanowiłem ją opisać, bo z jednej strony dotyka uczciwości organów państwowych, w szczególności zaś sądów (na przykładzie pewnego Sądu w Kielcach - celowo nie podaję, którego, by sobie "biedy nie napytać"...), ale także zwykłej ludzkiej głupoty i złośliwości (bo nie widzę innego wytłumaczenia przyczyn powstania opisywanej w dalszej części wpisu historii).

Jeśli mnie znacie osobiście lub czytacie mojego bloga w miarę regularnie, wiecie, że prowadzę od 8 lat firmę. Działam m.in. w branży językowej, dlatego raz na jakiś czas moja firma przyjmuje zlecenia przetłumaczenia różnych dokumentacji, m.in. dla instytucji państwowych. Kilka miesięcy temu postanowiliśmy zrealizować usługę tłumaczenia uwierzytelnionego dla Sądu w Kielcach - dodam w tym miejscu, że tłumaczem przysięgłym sam nie jestem, a moja firma to de facto agencja pośrednicząca w zawieraniu transakcji tego rodzaju, mogąca zgodnie z prawem za swoje usługi naliczyć odpowiednią, uzgodnioną z klientem marżę (będącą moim faktycznym zarobkiem).

Z sądu otrzymaliśmy przesyłkę zawierającą dokumenty do tłumaczenia (pomijam w ogóle fakt, iż treść dokumentów nie była jawna, a przesłano je do nas bez wcześniejszego uprzedzenia o fakcie nadania przesyłki - po prostu pewnego dnia listonosz przyniósł list, bodajże polecony, z dokumentami z sądu - dodam, że były to ORYGINAŁY; nigdzie w dokumentach nie było słowa o poufności tekstów, nie było żadnej klauzuli poufności, wzoru umowy, zamówienia itp.). Po wykonaniu telefonu pod podany w przesyłce numer i po przygotowaniu wyceny tłumaczenia, odpowiednie kalkulacje zostały przekazane osobie odpowiedzialnej po stronie Sądu za złożenie zamówienia. Wielokrotnie przy tym jeszcze potwierdzali moi pracownicy z pracownikami Sądu w Kielcach uzgodnione warunki, kwoty, terminy itp. Ok, zlecenie złożono i przystąpiliśmy do realizacji.

Jak wspomniałem, sam przysięgłym nie jestem, więc do realizacji podobnych zleceń zatrudniam tłumaczy przysięgłych, z którymi stale współpracuję. Tłumacze ci oferują mojej firmie dość atrakcyjne stawki dla wielu rodzajów tłumaczeń, dość zbliżone do tych "ustawowych" przeznaczonych dla instytucji publicznych, także po dodaniu mojej prowizji do zlecenia kwota ostateczna dla Sądu nie odbiegała specjalnie od stawek uzyskanych bezpośrednio u przysięgłego tłumacza. Na tłumaczeniach przysięgłych ja nie zarabiam wiele, nie czynię sobie z tego rodzaju usługi głównego źródła dochodu, bo to grosze. Dla instytucji państwowych usługi realizujemy głównie dla prestiżu, referencji, a nie dla wielkich pieniędzy (cóż - jeszcze nie ten etap  8-) ).

I tu zaczyna się właściwa część historii i problemu - po realizacji zlecenia, po przesłaniu faktury zaczęło się. Kilka tygodniu po przekroczeniu terminu płatności, po kilku delikatnych telefonach przypominających o zaległości, otrzymaliśmy z Sądu pismo.

Jakkolwiek jakość usług nie została zakwestionowana, tak pewien referendarz sądowy zarzucił nam zastosowanie złych stawek, niezgodnych z odpowiednim rozporządzeniem (sic!) i poinformował nas o jednostronnym obniżeniu należnego wynagrodzenia (z grubsza o połowę). Samo pismo skierowane zostało do "tłumacza przysięgłego" (którym nie jestem, jak pisałem), co samo w sobie w pierwszej chwili wzbudziło we mnie śmiech, by po dłuższej chwili zamienić się w przerażenie. A oto dlaczego:

XXI wiek w polskim sądownictwie?

Jak to możliwe, że w XXI w., sądy polskie, mające dostęp do Internetu oraz do aktualnej listy tłumaczy przysięgłych przy Ministerstwie Sprawiedliwości, nie mogą sprawdzić na wspomnianej liście, iż do czynienia mają nie z osobą zobowiązaną do stosowania wobec sądu ustawowych stawek (czyt. tłumaczem przysięgłym), a ze zwykłą firmą, która działa w ramach kompletnie innych przepisów i zwyczajnie nie musi "robić po kosztach". Bo jakże miałbym stosować stawki ustawowe, jeśli jako pośrednik sam od wykonawcy uzyskałem na przedmiotowe zlecenie stawkę o 20% wyższą od ustawowej, jakiej domagał się ode mnie Sąd (bo przecież podmiotem publicznym nie jestem to dlaczego tłumacz przysięgły miałby wobec mnie stosować ustawowo obniżoną stawkę)?

Odpisaliśmy na pismo do Sądu w Kielcach informując, iż sędzia się pomylił, nie sprawdził faktów, naraził nas na koszty związane z obsługą długu, stratę z tytułu braku zapłaty i konieczności poniesienia kosztów realizacji zlecenia, w końcu wspomnieliśmy o bezzasadnym powoływaniu się na ustawy i rozporządzenia, które regulują pracę innych tłumaczy, a nie nas.

Jakie było moje zdziwienie, gdy w odpowiedzi na odpowiedź, dostaliśmy kolejną odpowiedź, iż... by możliwe było rozpatrzenie naszej odpowiedzi i uzyskanie jakieś odpowiedzi, konieczne jest wniesienie opłaty sądowej w wysokości 30 zł. W nieprzekraczalnym terminie do konkretnego dnia. Nie mam zamiaru płacić za to, że referendarz, który nie umie czytać ze zrozumieniem zamówienia i danych mojej firmy, ponownie "rozpatrzy" sprawę. Referendarz się ewidentnie rąbnął, popełnił kompletną głupotę, której spodziewać się można po stażyście, a nie po sędzim. Nie wierzę wobec tego w jakikolwiek sens wnoszenia opłaty, bo równie dobrze mógłbym wspomniane 30 zł spalić w kominku - i tak poszłyby z dymem.

W efekcie termin zapłaty bezskutecznie upłynął, a po kolejnych 3 tygodniach Sąd w Kielcach ponownie napisał, że wskutek niezłożenia opłaty, ostatecznie nasze wynagrodzenie zostanie obcięte. Mimo, że to bezprawne i bezpodstawne.

Powiedzcie mi, dlaczego w tym kraju najpierw instytucja państwowa składa zamówienie, a potem bezczelnie i bezpodstawnie wynagrodzenie to odbiera, powołując się na jakieś absurdy. Od kiedy też w Polsce za rozpatrzenie skargi na decyzję (BEZPODSTAWNĄ I EWIDENTNIE BŁĘDNĄ) w sprawie finansowej należy... najpierw zapłacić?

Przecież opłata sądowa jest bezzwrotna, nie gwarantuje pozytywnego rozpatrzenia sprawy, więc nawet, gdybyśmy zdążyli do sądu dojechać na czas i zapłacić, to równie dobrze moglibyśmy pozbyć się pieniędzy na paliwo na stanie w korkach, pieniędzy na opłatę sądową, stracić czas, a w efekcie nie uzyskać niczego... bo skoro już dwukrotnie ten sam referendarz wrzucił nas do jednego worka z tłumaczami przysięgłymi, to jaka jest gwarancja, że kolejnym razem złośliwie nie zrobi tego samego?

Jeśli w polskich sądach pracują tacy "specjaliści" jak w Sądzie w Kielcach to ja autentycznie boję się o Polskę. Skoro takie, za przeproszeniem, "yntelygenty" rozstrzygają kwestie prawne, często decydując o życiu i pieniądzach wielu ludzi, to jak można mieć nadzieję, że będzie dobrze?

Jest jednak jeden pozytywny aspekt całej sprawy. Od dawna chciałem zostać tłumaczem przysięgłym, tylko nie spełniałem formalnych warunków niezbędnych do wpisania mnie na listę przy odpowiednim ministerstwie.
Skoro zaś Sąd w Kielcach uporczywie w każdym piśmie nazywa mnie "tłumaczem przysięgłym", to może jednak na tej liście przypadkiem jakimś się znalazłem, tylko o tym nie wiem? No to cóż - może okazać się, że cała ta sytuacja wyjdzie mi na dobre, bo za ułamek kosztu uzyskania wpisu na listę tłumaczy przysięgłych (wartość nieopłaconej przez Sąd w Kielcach faktury to może z 20% kosztu uzyskania wpisu), zostałem w oczach tego konkretnego sądu tłumaczem uprawnionym do wykonywania przekładów uwierzytelnionych. I to w języku rosyjskim (a uczę się go dopiero od 3 lat!), a nie angielskim, w którym codziennie pracuję. Miło mi, że ktoś docenił moje wysiłki na rzecz poszerzania własnych umiejętności językowych:).

Chyba przejdę się jutro do sądu i spytam, czy nie mają jakiś nowych zleceń dla mnie ;-) . Tłumacza przysięgłego. No bo skoro ten argument wykorzystują w oficjalnej korespondencji, to ewidentnie coś musi być na rzeczy. Nie?

A mówią, że w Polsce trudno o dostęp do niektórych zawodów. W Sejmie deregulacje jakieś chcą wprowadzać. A po co to komu? Przecież w Kielcach, jak widać na powyższm przykładzie, problem ten nie istnieje. Przynajmniej jeśli o Sądy chodzi. Nic tylko do Kielc przyjeżdżać i się w Sądzie zapisywać.
Wszystkich przyszłych niedoszłych tłumaczy przysięgłych zatem do nas, do stolicy regionu świętokrzyskiego, serdecznie zapraszam:). U nas nie dość, że tłumaczem przysięgłym zostać można z dnia na dzień, to jeszcze tanio, bez egzaminu i na dodatek im dziwniejszy język, tym prościej.

Polska  ;-)

Data:
Kategoria: Gospodarka
Komentarze 1 skomentuj »
Marcin Grąbkowski 6 lat 3 miesiące temu

Pytanie do autora: Czy nadal zamierzasz realizować zlecenia dla urzędasów aby poprawiać sobie prestiż? Tak sobie myślę, że jakby nagle ludzie dobrej woli przestali tłumaczyć dokumenty dla tych debili i nieuków z urzędów to by się doprowadzili do porządku sami.

Musisz być zalogowany, aby publikować komentarze.
Dziękujemy za wizytę.

Cieszymy się, że odwiedziłeś naszą stronę. Polub nas na Facebooku lub obserwuj na Twitterze.