Przypadek I
Oglądamy TV, włączamy dziennik i czego się z niego dowiadujemy? Otóż serwowana jest nam dawka istotnych informacji na temat zegarka pana ministra transportu, relacja przedstawiająca dwustuosobową grupę pracowników radiowej Trójki i „Gazety Wyborczej”, udającą, że je czekoladową karykaturę orła jako symbolu narodowego (w rzeczywistości orzeł był z plasteliny). Widzimy, jak Bruksela stawia Polskę jako wzór zaradności w kryzysie. Permanentnie przedstawiane są nam różnego rodzaju kataklizmy i zagraniczne zagłady. U nas wszystko dobrze – „wsi spokojna, wsi wesoła”.
Przypadek II
Zaglądamy do sieci. I co widzimy? Szok! Same szykany pod adresem rządu i całej jego administracji, masa materiałów i dowodów na źródła i skutki niepowodzeń naszej władzy i systemu. Dowiadujemy się, że grozi nam kryzys gorszy niż w Grecji, czytamy o przekrętach związanych z euro, o korupcji, biedzie, nędzy i rozpaczy. Masa dostępnych prześmiewczych grafik na temat osób z Wiejskiej.
Ból głowy.
O co w tym wszystkim chodzi i skąd taki dysonans? Albo ktoś się myli, albo kłamie, albo czegoś nie mówi. Aby rzucić więcej światła na sprawę, trzeba się cofnąć do początków radia i telewizji w Polsce i na świecie oraz odwołać się do prawa własności, którego ochrona i przestrzeganie jest jednym z głównych czynników determinujących rozwój cywilizacji.
Przyjrzyjmy
się sprawie na przykładzie Stanów Zjednoczonych. Początki stacji radiowych w
tym kraju były takie, że zakładano rozgłośnie na wolnej częstotliwości
(przywłaszczenie niewykorzystanych zasobów natury). Niewątpliwie pionierzy
mieli prawo do zajmowanych przez siebie pasm częstotliwości na obszarze, gdzie
występował zasięg nadawanych przez nich audycji. Co się działo, gdy inna stacja
nadawała na tej samej częstotliwości i na tym samym obszarze? Podlegało to
karze tak samo jak wtargnięcie na cudzą posesję czy przywłaszczenie sobie
czyjegoś mienia. Sądy z powodzeniem stosowały w tej dziedzinie zdroworozsądkową
teorię praw własności. W eterze panowała wolność i swoboda wypowiedzi.
Najlepsze rozgłośnie radiowe zdobywały rzesze odbiorców (konsumentów) dzięki
wolnorynkowej konkurencji. Rozpoczęła się sprzedaż czasu antenowego, co
zaowocowało rozwojem reklam, z których stacje czerpały zysk i dzięki którym mogły
się rozwijać, np. zatrudniając nowych specjalistów czy ewoluując
technologicznie. Znalazła się jednak grupa ludzi, którym nie było to na rękę.
Mowa o rządzie federalnym USA. W 1927 roku Kongres powołał do życia Federalną Komisję
Łączności (FCC), która znacjonalizowała fale radiowe. Od tej pory – wedle
uznania – mogła dawać rozgłośniom licencję na zajęcie pasma częstotliwości. Dzięki
temu drogocenne fale radiowe zostały przydzielane nadawcom za darmo, gdzie w
wolnym rynku było to niemożliwe. Oczywiście wiadomo, że każdy chciałby zachować
taką licencję jak najdłużej. Było to wykonalne pod warunkiem, że rząd będzie
miał możliwość przeprowadzania drobiazgowych kontroli oraz że audycje będą
powstawały według jego wytycznych. W ten sposób wolność słowa w eterze stała
się po prostu czystą fikcją. Jak do tego doszło? Otóż wmówiono ludziom, że
nadawanie licencji poprzez specjalną komisję zapobiegnie powstawaniu chaosu,
nadużyć, a częstotliwości radiowe, które występują w ograniczonej liczbie, będą
przyznawane rozsądnie i nie zostaną zmarnowane. „Wchodzenie” na czyjąś
częstotliwość było karane na tej samej zasadzie jak kradzież, dzięki temu
panował ład i porządek. 
Natomiast argument, że częstotliwości są dobrem rzadkim i należy je znacjonalizować, bo mogą zostać nieefektywnie wykorzystane, jest tak samo bezsensowny jak argument o znacjonalizowaniu ziem rolników i plantatorów (np. poprzez tworzenie PGR-ów) w obawie przed nieefektywną działalnością w gospodarce rolnej. Rząd wykorzystał fakt, że radiofonia była dziedziną dość nową w życiu Amerykanów i nie mieli oni zbyt dużej wiedzy na jej temat, dzięki temu mógł ją zmonopolizować. Od tej pory to on ustanawiał rękami FCC, co jest wartościowe, a czego należy się wystrzegać w audycjach.
Wyobraźmy sobie, że rząd powołuje do życia Federalną Komisję ds. Prasy. Rząd znacjonalizowałby wszystkie zasoby farby drukarskiej i maszyny do drukowania, dzięki czemu miałby wpływ na to, jakiemu wydawcy zezwolić na wydawanie czasopisma, a jakiemu zabronić. Oburzenie ze strony społeczeństwa zapewne sięgnęłoby zenitu.
Oczywiście w momencie pojawienia się telewizji, FCC przyznaje licencje także stacjom telewizyjnym. Tak więc rząd ma pod kontrolą dwa największe środki masowego przekazu. Niedawno próbowano poddać niemal całkowitej kontroli internet (na skalę międzynarodową) chcąc wprowadzić w życie ACTA.
A jak sprawy się mają w naszym kraju, bogatym w socjaldemokratyczne doświadczenia?
Ustawa o poczcie, telegrafie i telefonie z 3 czerwca 1924 roku stworzyła z II RP monopolistę w zakładaniu i eksploatacji urządzeń nadawczych na terenie Polski. Po rozszerzeniu tego aktu poszerzonego później o rozporządzenie ministra przemysłu i handlu z 10 października 1924 roku ogłoszono przetarg na koncesję radiową.
Zgodnie z jej art. 6 ust. 1 Krajowa Rada stoi na straży wolności słowa w radiu i telewizji, samodzielności nadawców i interesów odbiorców oraz zapewnia otwarty i pluralistyczny charakter radiofonii i telewizji.
Podstawowe pytanie: czy specjalne instytucje państwowe są potrzebne do obrony wolności słowa, czy do jej kontroli i ograniczania? Jeśli nie potrafimy odpowiedzieć sobie na to pytanie, to warto zadać następne, a mianowicie: czy do mówienia głośno tego, co myślimy, jest nam potrzebny specjalny organ państwowy?
Na tej samej stronie można się jeszcze dowiedzieć następujących informacji:
Do zadań Krajowej Rady należy w szczególności:
· projektowanie w porozumieniu z Prezesem Rady Ministrów kierunków polityki państwa w dziedzinie radiofonii i telewizji;
· określanie, w granicach upoważnień ustawowych, warunków prowadzenia działalności przez nadawców;
· podejmowanie, w zakresie przewidzianym ustawą, rozstrzygnięć w sprawach koncesji na rozpowszechnianie i rozprowadzanie programów;
· uznawanie za nadawcę społecznego lub odbieranie tego przymiotu, na warunkach określonych ustawą;
· sprawowanie w granicach określonych ustawą kontroli działalności nadawców;
· organizowanie badań treści i odbioru programów radiowych i telewizyjnych;
· ustalanie wysokości opłat za udzielenie koncesji, wpis do rejestru oraz wysokości opłat abonamentowych na zasadach określonych w ustawie z dnia 21 kwietnia 2005 r. o opłatach abonamentowych;
· opiniowanie projektów aktów ustawodawczych oraz umów międzynarodowych dotyczących radiofonii i telewizji;
· inicjowanie postępu naukowo – technicznego i kształcenia kadr w dziedzinie radiofonii i telewizji;
· organizowanie i inicjowanie współpracy z zagranicą w dziedzinie radiofonii i telewizji;
· współpraca z właściwymi organizacjami i instytucjami w zakresie ochrony praw autorskich, praw wykonawców, praw producentów oraz nadawców programów radiowych i telewizyjnych.
Wypełniając te szczególne zadania KRRiT gwarantuje ochronę wolności słowa na takim poziomie, że Misja obserwacyjna Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie w raporcie dotyczącym przebiegu wyborów parlamentarnych w Polsce w 2007 roku, opublikowanym 22 października 2007 przez Biuro Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka, „pochwaliła” KRRiT za upartyjnienie i niezdolność do właściwego wywiązania się ze swojej konstytucyjnej odpowiedzialności. Warto wspomnieć, że po nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji z 29 grudnia 2005 roku, obsadzono Radę osobami opowiadającymi się za rządzącą koalicją PiS-LPR-Samoobrona. Niedługo później Donald Tusk przed nadchodzącymi wyborami obiecywał, że zlikwiduje KRRiT. Jak wiemy, już drugą kadencję na fotelu premiera zasiada nasz wspaniałomyślny Donald, a Rada ma się jeszcze lepiej niż przedtem, no może trochę z innym składem niż po 2005 roku.
Jeżeli w prasie jest względna wolność słowa, to mówiąc o telewizji lepiej się nie zagalopować z takimi wnioskami. Pokazuje to przykład TV Trwam, która nie dostała miejsca na multipleksie. Nie wypowiadam się na jej temat jako betonowy fan tej stacji, tylko jako zwolennik wolności. Na multipleksie zostały uwzględnione kanały cieszące się niezbyt dużą popularnością, a zabrakło miejsca dla programu, który ma dość pokaźną grupę odbiorców. W warunkach wolnego rynku w wyniku konkurencji konsumenci sami wyłoniliby najlepszych nadawców, ale w tym przypadku to organ rządowy decyduje o tym, co jest bardziej wartościowe. A może według rządu otwarta krytyka ze strony TV Trwam pod jego adresem, nie była aż tak wartościowa, by zasłużyć na miejsce na multipleksie?