Lubię Ruch Narodowy – bo to formacja mająca najbardziej konkretny kościec polityczny. Narodowcy powinni być członkami rządu od zawsze i na zawsze. Skoro już wiadomo jaki mam stosunek do tego Ruchu – to pozwolę się odnieść do ich pomysłów, co do służby zdrowia. No większej bzdury to ja dawno nie czytałem.
Punkt pierwszy - tachografy dla lekarzy. Czas pracy to problem pracodawcy – to on popełnia niegospodarność płacąc za coś czego ktoś inny nie robi. Dlaczego toleruje „spóźnianie” się godzinę albo dwie do pracy? Bo jest mało lekarzy i to oni dyktują warunki.
Punkt drugi – pełna jawność wydatków. Tu pełna zgoda, tylko że ta jawność de facto jest – bo kontrakty są jawne. Tu ważniejsze jest co i dlaczego jest finansowane. Dlaczego jest taka, a nie inna wycena, dlaczego są takie, a nie inne wytyczne i normy. Tu są pieniądze.
Punkt trzeci – zwiększenie miejsc na studiach medycznych. Jeszcze chwila i będziemy brać cieśli i kowali do leczenia ludzi. Kowale mają w tym temacie jakieś historyczne doświadczenie. Zaraz problemem będzie jakość świadczonych usług – właściwie już jest. Kiedyś byłem ze swoim dzieckiem u okulistów – trzy gabinety i trzy różne diagnozy. Realnym problemem są profesorowie – którzy nie chcą przekazywać wiedzy – blokują specjalizację i co najgorsze stosują na uczelniach selekcję negatywną. Trzeba otworzyć możliwość zdobywania specjalizacji za granicą i zabierania tytułów profesorskich osobom, które nie potrafią lub nie chcą przekazywać swojej wiedzy kolejnym pokoleniom magistrów i doktorów (nie tylko na medycynie).
No i czwarty punkt, najbardziej głupi, zwrot kosztów za studia w przypadku wyjazdu przez lekarza z kraju. Mam lepszy pomysł: może porwijmy im dzieci albo zwyczajnie zakujmy ich w kajdany, jak kiedyś bywało na plantacjach. Czym do cholery różni się lekarz od stolarza? Dla mnie niczym – dlaczego zatem jeden ma zwracać kasę, a inny nie? To albo wszyscy – albo nikt.
Pomysł na służbę zdrowia jest prosty. Lekarzy należy traktować z atencją (bo to BARDZO trudny zawód), ale bez bałwochwalstwa. Trzeba jasno określić za leczenie czego płacimy, a za leczenie czego nie płacimy. Uczciwie wycenić to za co płacimy i płacić za to. Jak komuś nie pasuje cena, to niech uargumentuje jej zmianę. To jest absolutnie proste i oczywiste. No ale politycy musieliby na serio zająć się swoją robotą i np. pogonić sprzedajnych urzędników w ministerstwach. A na to nie odważyła się żadne ekipa – cała nadzieja w Narodowcach ;)