Serwis używa plików cookies, aby mógł lepiej spełniać Państwa oczekiwania. Podczas korzystania z serwisu pliki te są zapisywane w pamięci urządzenia. Zapisywanie plików cookies można zablokować, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej o plikach cookies możesz przeczytać tutaj.

Autorzy więcej

Profilaktyka zawsze lepsza od diagnostyki - badajmy się!

Jestem typem człowieka znerwicowanego. Trochę zlęknionego (choć po latach terapii i tak już dużo mniej niż kiedyś). I do tego pochodzę z tzw. domu medycznego, w którym oboje rodzice pracują w ochronie zdrowia - nauczony jestem, że badania to nic złego i należy je robić regularnie, choćby miało psychicznie boleć ("bo mogą coś znaleźć"). Robię zatem te badania odkąd tylko pamiętam, co roku - jak w zegarku - usg jamy brzusznej, pełna morfologia z rozmazem, panel lipidowy, próby wątrobowe, glukoza, 3 hormony tarczycy, amylaza i lipaza + EKG. I raz na dwa lata echo serca oraz parę dodatkowych, które są zmienne w czasie. No bo czemu nie? Jak badać się kompleksowo, to kompleksowo. Przynajmniej będę wiedział, na co umieram. Zawsze wszystko wychodziło niemalże książkowo. Aż do moich 41 urodzin. I pierwszy raz cieszę się, że się do tych badań przez lata zmuszałem - w przeciwnym razie chodziłbym (albo nie) kolejne lata nie wiedząc, że mam nowotwór.

Profilaktyka zawsze lepsza od diagnostyki - badajmy się!
USG
źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Abdominal_Ultrasound_Full_Exam_01.jpg

Wszystko zaczęło się od bólu brzucha. Takiego niby-jelitowego — gazy uciskające ścianki jelita grubego, mdłości, nic specjalnego. Założyłem, że pobiorę probiotyk, łyknę espumisan i po kilku dniach przejdzie. Po dwóch tygodniach nie przeszło (zelżało, owszem) i w mojej głowie zaczęło kiełkować podejrzenie, że dwa tygodnie nieprzerwanego, rozlanego bólu brzucha — przy braku wyrostka, którego honorowo oddałem chirurgom koneckiego szpitala 30 lat wcześniej — to jednak nie jest standardowe zachowanie układu pokarmowego u względnie zdrowego, dorosłego człowieka z nadwagą.

Żona, w ostatkach sił i cierpliwości do codziennie jęczącego męża, umówiła mnie na USG. Sam nie zadziałałem, bo strategia „zakopać głowę w piasek" w mojej głowie miała statystycznie znakomite wyniki — przynajmniej do tego dnia. Poszedłem spać w środku dnia, bo bolało tak, że nie dawałem rady wytrzymać przytomności po pracy. Jak się obudziłem, dostałem od żony kartkę: gdzie i kiedy się stawić. Za dwa dni miało się okazać, czy moje bóle to flora bakteryjna, czy coś bardziej kreatywnego.

Mam w rodzinie parę przypadków nowotworowych — i to w drugim pokoleniu, więc statystycznie blisko. Myśli, że i u mnie coś niepokojącego może wyjść, nie dało się wykasować, ale tłumiłem ją skutecznie: badam się raz w roku, nic nie rośnie tak szybko, żeby między badaniami zdążyło zrobić piekło, a poza tym jestem młody i nienajgorzej zadbany. Wielu kolegów waży więcej, pije więcej, jada gorzej. Niektórzy są po zawałach, a ja — w optymistycznej narracji — „jeszcze przed". Co radiolog może mi znaleźć w brzuchu, skoro żadnych guzów pod skórą nie ma, a gdyby nie ten ból, czułbym się prawie jak młody bóg? Buty potrafię zawiązać schylając się w pozycji stojącej, czyli lustrzyca jeszcze mi nie grozi — to na pewno nic poważnego.

Jakież było moje zdziwienie dwa dni później.

Samo badanie, które zwykle zajmuje 20 minut, tym razem zajęło 40. Lekarz nie odzywał się prawie wcale — z wyjątkiem „nabrać powietrza i nie oddychać" — a robił to znacznie częściej niż za poprzednim razem. Gniótł sondą, kazał zmieniać pozycje, kłaść się na boku, wypychać brzuch, wciągać powietrze. I to milczenie. Nie takie spokojne, raczej takie, w którym słychać, że radiolog coś znalazł i zastanawia się tylko, jak to nazwać. Po wszystkim kazał się wytrzeć z żelu, ubrać i poczekać na opis — bo ten konkretny robi go zawsze od ręki, żeby pacjent nie wyszedł z gabinetu wiedząc mniej, niż gdy do niego wszedł. Podejście, notabene, znakomite.

Po paru minutach dostałem kartkę. 16-mm zmiana lita nadnercza prawego, do dalszej diagnostyki i różnicowania.

Świat mi się prawie zawalił. Ja, młody człowiek, z głupim bólem brzucha — zmiana lita? Czyli guz, tak? Tak. „Ale proszę się nie martwić na zapas, może być łagodny; zmiana niewielka, a jeśli łagodna, to ma ją pan pewnie od co najmniej dekady. Jeśli złośliwa, to może rosnąć szybko, więc pewnie z ostatniego roku."

Moja pierwsza myśl: „Kurwa, rok temu było USG i nic nie wyszło — czyli złośliwy. Jezu. Chemia, radioterapia, operacja. Czyli tak to jest dostać informację o tym, na co się umrze."

Z gabinetu wyszedłem bardziej przerażony, niż do niego wchodziłem. Bo przypominam: wchodziłem z bólem brzucha pewnie od złej diety, a wyszedłem — w mojej głowie — z wyrokiem śmierci od jakiejś małej komórkowej kulki nad prawą nerką. Nawet nie tyle w brzuchu, co na plecach pod żebrami. Dziadostwo, które mnie zabije. A jeszcze tyle chciałem zrobić.

Diagnoza była: zmiana lita ze wskazaniem do dalszej diagnostyki i różnicowania. Statystycznie w moim wieku najczęściej wychodzi wariant łagodny, ale ten 1–3% ryzyka złośliwości — jest. Lekarz dorzucił jeszcze, że pilnie do endokrynologa, bo poza pytaniem „złośliwy czy nie" trzeba sprawdzić, czy guzek nie produkuje hormonów. Bo, niespodzianka, nawet niezłośliwy guzek nadnercza, jeśli sypie hormonami w nadmiarze, potrafi człowieka w krótkim czasie sprzątnąć z planszy. Sic. Nikt mi tego wcześniej nie powiedział, w prasie codziennej i poradnikach też tego nie ma. Szkoda — wolałbym to wiedzieć, zanim usłyszę „proszę się przebadać na paru frontach, bo inaczej padnie pan w nieokreślonym momencie i bez zapowiedzi".

W efekcie prostego USG moje priorytety zostały całkowicie przeorganizowane: szybka prywatna wizyta u sprawdzonego endokrynologa, a w międzyczasie prywatne MRI „na jutro" za 1000 zł, bo na publiczne MRI z kontrastem trzeba przejść ścieżkę POZ → specjalista → skierowanie, w odstępach minimum miesiąc-dwa między każdym etapem. Nie mam w głowie czterech miesięcy czekania, więc wyrzucam tysiąc złotych w błoto. Kochany NFZ, zachoruj człowieku w tym kraju, a mając trzy tytuły do ubezpieczenia zdrowotnego i tak skończysz na odpłatnej wizycie prywatnej. Jak chcesz poczekać na tę za darmo, pieniędzy nie stracisz — możesz tylko zapłacić życiem.

Do MRI jakoś doczekałem, badanie z kontrastem przeżyłem. Wynik dwa dni później.

I w tym miejscu moja historia zmienia kierunek.

Bo okazało się, że „wyraźnie otoczona, jednorodna zmiana bogatolipidowa o cechach odpowiadających łagodnemu gruczolakowi". Mówiąc po ludzku: prawe nadnercze ogólnie trudno zobaczyć w USG. Siedzi w takim miejscu, że trzeba niebywałych umiejętności i niemniejszej dawki szczęścia, żeby u kogoś z większą niż standardowa tkanką tłuszczową udało się zajrzeć „przez wątrobę" w odmęty ludzkiego ciała — za otrzewną, gdzie mieszkają obie nerki i nadnercza. To, że w poprzednich latach nic tam nie znajdowano, nie znaczyło, że nic tam nie ma. Było. Od co najmniej dekady, sądząc po rozmiarze. Po prostu radiolog tym razem trafił, bo zna swój fach i miał zacięcie.

Gdyby nie ten zbieg okoliczności i moja prawie chorobliwa cecha każąca mi się co roku przebadać, do dzisiaj nie wiedziałbym, że w jamie brzusznej urósł mi nadliczbowy pseudoorgan. Najpewniej nic nie robi — funkcji, poza wkurwianiem radiologa przy USG, nie pełni żadnej. Choć w pełni jego afunkcjonalności wykluczyć jeszcze nie mogę, bo badania hormonalne wciąż przede mną. Wiem za to, że nie nacieka, niczego nie rozsiewa po organizmie, dożyję z nim do późnej starości i przez niego z całą pewnością nie umrę. O ile hormonalnie nieczynny — a 80% takich guzków tej wielkości i składu nic nie produkuje. Statystyka jest po mojej stronie.

Brzuch bolał, bo nażarłem się czegoś, co przetrzebiło mi florę bakteryjną. Trzy dni suplementu i przeszło. Gdybym poczekał z badaniem te dodatkowe dni, do dzisiaj nie wiedziałbym, że moje nadnercze ma syjamskiego braciszka.

I po latach badania się oraz pukania się przez znajomych w głowę („po co Ci to, młody jesteś, na pewno nic nie masz, tylko czas i pieniądze marnujesz!") okazało się, że profilaktyka jednak lepsza i tańsza niż chowanie głowy w piasek.

Teraz wiem co najmniej tyle: gdyby kiedyś coś dziwnego zaczęło się dziać z moimi hormonami — nagłe nadciśnienie, dziwna otyłość brzuszna (na razie nie mam, utyty jestem demokratycznie i równomiernie — wszystko mam grube, a co!), potliwość, kołatania, szybkie męczenie się — nie zwaliłbym tego automatycznie na nadwagę. Wiedziałbym, że to może być nadprodukcja kortyzolu, aldosteronu albo jednego z paru innych hormonów nadnerczowych. Mogę zadziałać z badaniami krwi pod konkretnym kierunkiem, nie czekając lat na rozwój poważnych objawów. Reaguję na własnych warunkach, zanim guzek poczyni nieodwracalne szkody.


Wniosek z całej tej historii — badajmy się.

Masz 40 lat? Idź raz w roku na bezpłatne badania krwi. Program Moje Zdrowie na pacjent.gov.pl wystawia skierowanie do poradni i do najbliższego punktu pobrań. Kosztuje to tyle, co nic — 20 minut twojego czasu. Już z tego pierwszy panel przesiewowy, na podstawie którego POZ albo coś doradzi, albo pogratuluje ładnych wyników i pożegna się słowami „do zobaczenia za rok". Albo, tak jak w moim przypadku, dowiesz się, że jednak coś jest nie tak. I może, znów tak jak u mnie, strach ostatecznie rozejdzie się po kościach (czego wszystkim życzę). A jeśli nie — uwierz mi, lepiej dostać diagnozę wcześniej i postresować się nią dłużej, niż trafić do lekarza na ostro i usłyszeć: „niestety zmiana dała już przerzuty, szykujemy się na ciężkie leczenie, ale poza przedłużeniem życia raczej cudów nie należy się spodziewać".

Bo niechodzenie do lekarza prędzej czy później da właśnie ten drugi scenariusz. Nie zawsze. Nawet rzadko, w sumie. Ale jednak warto sobie postawić pytanie: chcę grać w hazard z własnym zdrowiem i czekać, czy wylosuję IV stopień raka — czy wolę badać się regularnie i wyłapać ewentualne niespodzianki na etapie, na którym jeszcze można coś sensownego zrobić?

Ja trafiłem na wariant „mogę coś sensownego zrobić". Czeka mnie jeszcze parę badań hormonalnych i — w świetle braku objawów fizycznych — najpewniej raz na rok lub rzadziej kontrola obrazowa, żeby sprawdzić, jak mój syjamczyk się rozwija (a raczej, co najbardziej prawdopodobne, jak konsekwentnie się nie zmienia). Jeśli wszystko pójdzie dobrze, nie będę musiał operować nigdy. Jeśli ekstremalnie źle — czeka mnie godzinny zabieg za 10–15 lat. Ale przynajmniej o tym wiem. I śpię naprawdę spokojnie. Bo lepiej znać swoją diagnozę, niż żyć w błogiej nieświadomości. Niby przy braku diagnozy człowiek się nie stresuje — ale jak już złośliwa diagnoza spadnie, gwarantuję: nie zaśniesz wcale. Szczególnie, jeśli będziesz mieć świadomość, że profilaktykę zaniedbałeś na własne życzenie. Końca poczuciu winy i pluciu sobie w brodę nie będzie.

Podsumowując: warto raz w roku iść na proste, 30-minutowe USG. Morfologia, glukoza, panel lipidowy i hormony tarczycy to absolutne minimum. Prywatnie te badania kosztują pewnie do 100 zł, ale w praktyce nie musisz płacić nic — wystarczy wypełnić ankietę pacjenta na pacjent.gov.pl i dostajesz skierowanie na pełen panel o wartości około 300 zł. Raz w roku. Warto. I nie chodzi o oszczędność. Chodzi o to, że dzięki tym 20 minutom w punkcie pobrań możesz przez kolejny rok żyć z poczuciem, że zrobiłeś dla swojego zdrowia absolutnie wszystko, co było w twoim zasięgu. A jeśli kiedyś zacznie ci się zdrowotnie chrzanić, nie wpadniesz od razu w czarną dupę i już za późno — będziesz mieć szansę i czas, żeby porządnie zareagować.

Badajmy się.

P.S. Gruczolaki nadnerczy ma około 3–5% ludzi w moim wieku. I nawet 10% ludzi po 60-tce. Od 1/20 do 1/10 osób ma taką zmianę i o tym nie wie, bo zwykle nawet nie boli i nie daje objawów. Statystycznie większość z nich dożyje późnej starości i umrze na coś innego. Ale od 1 do 3% spośród nich rozwinie wariant złośliwy. I właśnie od niego umrze — przedwcześnie. Więc jeśli myślisz „mnie to nie dotyczy", pomyśl jeszcze raz. Pracujesz w 20-osobowym dziale w korpo? Statystycznie co najmniej jeden twój kolega lub koleżanka ma taką zmianę i nie wie. Niewykluczone, że tym jednym z dwudziestu jesteś właśnie ty. Do lekarza, marsz.

P.P.S. Historia jest prawdziwa, niekoloryzowana, dotyczy mnie i wydarzyła się kilka dni przed moimi 41 urodzinami. Trafiłem wariant łagodny i bez trwałych konsekwencji — co nie zmienia faktu, że do czasu ostatecznej diagnozy bałem się, jakbym musiał już wybierać kwaterkę na lokalnym cmentarzu. Nie polecam. Nic przyjemnego. Ale wolę wiedzieć wcześniej, niż wcale.

Mateusz Fatek

Zaorać Wiejską - http://www.mpolska24.pl/blog/38

Prywatny blok przedsiębiorcy, pisarza powieści science-fiction, komentatora politycznego, tłumacz. Obserwatora polskiej i zagranicznej polityki, którego mierżą niekiedy idiotyczne, szkodliwe i antypolskie zachowania polityków i części naszego społeczeństwa. Ani lewak, ani skrajny konserwatysta - po prostu patriota, któremu zależy na tym, by w tym kraju żyło się dobrze większej części społeczeństwa, a nie tylko "elitom".

Komentarze 0 skomentuj »
Musisz być zalogowany, aby publikować komentarze.
Dziękujemy za wizytę.

Cieszymy się, że odwiedziłeś naszą stronę. Polub nas na Facebooku lub obserwuj na Twitterze.