Bracia i Siostry od mikrofonu, od mównicy i od briefingów, powiadam Wam: największą chorobą dzisiejszych elit nie jest głupota.
Największą chorobą jest krótkowzroczność ubrana w pychę.
Bo elity – dziennikarskie, polityczne, pijarowe – rozliczają się dziś nie z prawdy i skutków, tylko z momentu. Z kliku. Z zasięgu. Z szybkiej wygranej w małej potyczce. A potem zdziwienie, że po latach przychodzi rachunek do zapłacenia. Zawsze przychodzi.
Tak jak przyszedł rachunek w Wielkiej Brytanii, kiedy David Cameron – grając pod chwilę, pod partię, pod sondaż – otworzył furtkę referendum, które miało „uspokoić temat”, a skończyło się Brexitem i geopolityczną zmianą epoki. Najpierw była obietnica i kalkulacja, potem lawina, której nie dało się już zatrzymać.
I my w Polsce żyjemy dziś w tej samej pokusie:
„Jakoś to będzie.”
„To tylko materiał.”
„To tylko rozmowa.”
„To tylko zasięgi.”
Nie.
To są ziarna. A ziarno nie pyta, kto je zasiał – tylko rośnie. I kiedy wyrośnie trucizna, nikt już nie cofnie żniw.
Dlatego przykład Kanału Zero i Pana Stanowskiego jest tak ważny. Bo to nie jest spór o jedną czy drugą „wpadkę”. To jest spór o logikę działania: tu i teraz kontra później i zawsze.
Najpierw wywiad z ludźmi opisywanymi jako skrajni i prorosyjscy, który wywołał krytykę i debatę o legitymizowaniu radykałów samym zaproszeniem do studia – nawet jeśli do materiału dokleja się „kontry” i komentarze. Nawet jeśli intencją – jak tłumaczył twórca kanału – było „pokazanie manipulacji” i dotarcie do ich odbiorców. To w gruncie rzeczy mieliśmy do czynienia z ratowaniem się nieudolnie od fali krytyki.
Potem reportaż z Rosji, który w ostatnich dniach rozpalił emocje do tego stopnia, że pojawiły się publiczne reakcje i ostrzeżenia MSZ w sprawie podróży do Rosji oraz dyskusja o tym, czy taki format nie ociepla wizerunku państwa prowadzącego napastniczą wojnę. Państwa w swojej oficjalnej doktrynie nam wrogiego.
I w tym wszystkim jest jeszcze jedna rzecz: kiedy buduje się wielkie medium, zatrudnia się dobrych dziennikarzy (z których wielu znam, lubię i szanuję), daje im nazwiska i twarze – a potem stawia ich w roli „oddziału osłonowego”, który ma tłumaczyć decyzje programowe, z którymi nie każdy musi się utożsamiać. Wtedy ludzie stają się zakładnikami nie idei, tylko strategii właściciela.
A strategia właściciela bywa prosta: byle wygrać dziś.
I jeśli trzeba – sięgnąć po narzędzia coraz brutalniejsze, coraz bardziej toksyczne dla debaty, a potem dorobić narrację wybielającą: „to eksperyment”, „to edukacja”, „to demaskowanie”, „to walka o prawdę”.
Tylko, że to działa jak narkotyk. Dawka musi być zwiększana. Skandal musi być większy. Granica musi się przesuwać. Aż w końcu budzisz się w kraju, w którym to, co wczoraj było nie do pomyślenia, dziś jest „contentem”, a jutro jest „normą”.
I tu dochodzimy do tych wygodnych usprawiedliwień, które krążą wśród krytyków Stanowskiego:
„Wszystko dla zasięgów”, „Pożyteczny idiota”.
Łatwe etykiety, które pozwalają zamknąć temat, wzruszyć ramionami i iść dalej.
Ale to jest ucieczka od najważniejszego: od odpowiedzialności człowieka dorosłego.
Nie dziecka. Nie „zagubionego chłopca”. Człowieka, który wie, co robi, bo prowadzi wielką machinę wpływu.
Nie żyjemy w czasie „końca historii”. Żyjemy w czasie powrotu historii z hukiem. A to oznacza, że materiały, wywiady, kadry, emocje i algorytmy mają znaczenie strategiczne – dla odporności społecznej, dla bezpieczeństwa, dla tego, czy jutro będziemy umieli odróżnić prawdę od operacji wpływu.
Dlatego nie wolno przechodzić nad tym do porządku dziennego. Nie wolno normalizować tego jako „show”. Nie wolno usprawiedliwiać „bo zasięgi”.
Bo są czyny, które nie potrzebują wyjaśnienia – tylko sprzeciwu.
I teraz puenta, najtrudniejsza:
Prawdziwe elity rozpoznaje się nie po tym, że umieją wygrać dzień. Tylko po tym, że potrafią przegrać dzień, żeby wygrać dekadę. Że umieją odpuścić pokusę łatwego kliknięcia, żeby nie zatruć wspólnoty.
Że widzą konsekwencje, zanim te konsekwencje zjedzą wszystkich.
A jeśli elity tego nie robią – to obowiązek przechodzi na odbiorców.
Na nas.
Na tych, którzy klikają, udostępniają, usprawiedliwiają i „dają szansę”.
Bo wspólnota to nie jest widownia.
Wspólnota to odpowiedzialność.
Amen.