Serwis używa plików cookies, aby mógł lepiej spełniać Państwa oczekiwania. Podczas korzystania z serwisu pliki te są zapisywane w pamięci urządzenia. Zapisywanie plików cookies można zablokować, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej o plikach cookies możesz przeczytać tutaj.

Autorzy więcej

Policzkowanie wróć?

Naturalnie nie wszystkie spory muszą być rozstrzygane przez sąd powszechny, ale czy mają wrócić czasy, w których ktoś, nie doczekawszy się przeprosin, policzkuje i czeka na pojedynek? Gdybyśmy posłuchali Janusza Korwin-Mikke, czy jego zwolenników, można by odnieść wrażenie, że nigdy one nie odeszły do lamusa, ale to już są kwestie raczej dla antropologów, jeśli nie psychiatrów. Pan Mikke był zdumiony reakcją p. Boniego, spodziewając się od niego sekundantów i konstatując, że to „już nie Jego świat”, ale przecież ten „Jego świat” skończył się zanim On sam się na nim pojawił, więc należy tylko pogratulować refleksu.

Policzkowanie wróć?
źródło: internet

Apogeum rozstrzygania konfliktów wg. zasad tzw. kodeksu honorowego miało miejsce w wieku XIII, a w Polsce za czasów panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego, czyli kiedy Rzeczpospolita popadała w anarchię i chyliła się ku upadkowi (pomimo kar, czy klątw rzucanych przez biskupów na pojedynkujących się; Rzeczpospolita upadała choć miała tylu „honorowych” jegomości???), ale duch tych osobliwych „emocji” i zachowań przetrwał zabory i zapewne stanowił spiritus movens Powstania Warszawskiego, kiedy to - jak „powszechnie wiadomo” - Polacy odzyskali „honor” poprzez….. nadaremne uśmiercenie 200.000 Polaków i zgruzowanie pięknego miasta (zapewne nie wzięli pod uwagę, że inne narody, być może nie kochają swoich ojczyzn „tak bardzo” jak oni, ale za to nie szczycą zań bohaterskim samounicestwianiem, a zwycięstwami). W dzisiejszych czasach resztki tego rodzaju „emocji” można natrafić na wiejskich festynach i dyskotekach, na których nie jeden „żąda” przeprosin, bo ktoś nań „nie tak” spojrzał.

Początków kodeksu honorowego, który przyjął się w naszej kulturze i obowiązywał jeszcze parę dziesiątek lat temu, a odnoszącego się wprost do tzw. honoru rycerskiego należy szukać w średniowieczu, a ściślej pisząc w feudalizmie, gdzie każdy szlachcic był na swojej ziemi nietykalnym suwerenem, uznającym swoją osobę niemalże za świętość, a stąd każdy zamach na niego, a nawet zwykła obelga wydawała mu się wręcz zbrodnią zasługującą na śmierć. Najprawdopodobniej właśnie z tej przyczyny rozpoczęły się te wszystkie zgryzoty, obrażania no i oczywiście pojedynki jako takie, wywodzące się z pogańskich ordaliów, które, jak pamiętamy, opierały się na przeświadczeniu, że Bóg nie dopuści do krzywdy niewinnego, co jest oczywistym zabobonem.

Inna sprawa, że ongiś ogólnie siła miała pierwszeństwo przed racją i rozumem, bo to właśnie ona była ostatecznym rozstrzygnięciem, a najgorsi bandyci i złoczyńcy mieli się wówczas całkiem nieźle, zdobywali władzę, przywileje i sankcjonowane przemocą uznanie i cześć. Ponadto, prawie każdy był wtenczas wojownikiem, a co najmniej myśliwym, więc toczenie walki jako takiej nie było dlań obce i każdy się fechtunku uczył, bo przecież nawet przed złoczyńcami trzeba było się bronić samemu. Oczywiście sam honor rycerski, jak sama nazwa wskazuje, był początkowo zarezerwowany wyłącznie dla stanu rycerskiego (później naturalnie oficerskiego), następnie rozgościł właśnie wśród szlachty oraz innych stanów wyższych, aż w końcu znalazł uznanie mieszczaństwa. Tym sposobem zamieszkał w naszej kulturze konwenans jednoznacznej reakcji na to co o nas mówią, a w szczególności gdy mówią źle, czy będąc ścisłym, tak, że nas to obraża. Warto przy tym odnotować, że zarówno prawdziwość, czy fałszywość przesłanki zniewagi nie mają tu żadnego znaczenia.

Możemy być ostoją wszelakich cnót i zalet, a wystarczy, że jakiś łajdaczyna nazwie nas pomyleńcem i nasza cześć i honor doznają rzekomo niepowetowanej straty. Co więcej, nie ma również najmniejszego znaczenia, czy dany czyn lub słowa same w sobie były w ogóle obraźliwe. Ważne jest tylko to, że ktoś poczuł się nimi znieważony. Tytułem więc do żądania satysfakcji nie jest bynajmniej stan faktyczny, ale mniej lub bardziej uzasadniona emocja, a w skrajnych przypadkach, po prostu, chęć prowokacji.

Przedstawiciele niemalże wszystkich cywilizacji i kultur od Greków, poprzez Rzymian, aż do nader kulturalnych ludów azjatyckich, zarówno w starożytności jak i nowożytności nie znali tak pojętego „honoru”, a tym bardziej, kodeksu honorowego, który dopominałby się takich postaw, charakterystycznych właśnie wyłącznie dla Europy i to tylko od średniowiecza począwszy (to zaiste niezwykłe, że właśnie tak pojęty honor nie był znany żadnym innym cywilizacjom i kulturom, a przyjął się właśnie w chrześcijaństwie, które nakłada na swoich wyznawców obowiązek pokory, a gani gniew, nieprawdaż?). W ogóle nie znali oni pojęcia czci uzależnionej od tego jak dany człowiek postrzegany jest przez drugiego, a szczególnie przez pryzmat tego co jakiś zły język o nim mówi, ale czci uzależnionej wyłącznie od rzeczywistych walorów i cnót danego człowieka. U wszystkich tych społeczeństw czyny i słowa mogą zniweczyć cześć własną, ale nigdy cudzą, a cios jest jedynie ciosem, który nawet rozgniewany osioł potrafi wymierzyć, ale z honorem nie ma to nic wspólnego. Warto przy tym dodać, że ludy te męstwem, odwagą, a nawet pogardą śmierci nie ustępują chrześcijańskim Europejczykom.

U Rzymian pojedynki odbywały się, ale stawali do nich jedynie niewolnicy, gladiatorzy i skazańcy, nigdy ludzie dobrze urodzeni, o filozofach nie wspominając. Gdy wódz teutoński wyzwał na pojedynek Mariusza ten miał mu odpowiedzieć: jeśli ma dość życia, niechaj się powiesi, a poczucie humoru podpowiedziało mu propozycję wysłania gladiatora, gdyby ten jednak nalegał. Sokratesa obrażano wielokrotnie, ale on znosił to niezwykle cierpliwie, a gdy ktoś mu kiedyś doniósł, że ten a ten go obraził i zapytał, czy nie czuje się dotknięty, Sokrates odparł: „Ani trochę, bo nie widzę, jaki związek ze mną mają jego obelgi?”. Czy to nie przypadkiem klasyczna postawa inteligencji jako takiej? Przypomnijmy zatem, że starożytni nie tylko nie znali innego zadośćuczynienia za obrazę poza sądowym, również za spoliczkowanie, a stany wyższe gardziły nawet taką satysfakcją.

Gdy któryś z nieokrzesanych brytyjskich parlamentarzystów na jednym z posiedzeń Izby Gmin nazwał był Lady Małgorzatę Thatcher ku….ą, ta ze stoickim spokojem mu zaripostowała: „Myli się Pan. Nigdy nie uprawiałem tej profesji”. Zapewne trudno w to uwierzyć, ale Sokrates nawet gdy był ofiarą przemocy ze strony kogoś niewyszukanego reagował nadzwyczaj powściągliwie, a gdy pewnego razu został przez kogoś kopnięty (!!!) rzekł: „A gdyby kopnął mnie osioł, czy pozwałbym go przed sąd”? Jakże to blisko, w pewnym sensie, franciszkańskiego „nadstawiania drugiego policzka”.

Jeśli nawet złote czasy zasad kodeksu honorowego miałby wrócić, to jak „rygorystyczne” miałby być? Dopraszanie się zindywidualizowanych przeprosin po przeszło dwudziestu latach i to za słowa jakich wiele usłyszał, albo przeczytał o sobie dany polityk, choćby w ostatnim tygodniu? Przecież w dzisiejszym świecie polityki i publicystyki miotanie takimi „zarzutami” i odsądzanie oponentów od pełni sił umysłowych to niejako norma, a deprecjacja i wyśmiewanie swoich adwersarzy to wręcz obowiązek każdego uczestnika politycznej gry, więc na czym miałaby polegać wyjątkowość tej sytuacji? W przypadku p. Mikkego wyjątkowa była z całą pewnością niefortunność, którą trafnie zauważył nie tylko Przemysław Wipler, a mianowicie, że p. Mikke wymierzył był policzek akurat osobie o ponad głowę niższej i dwa razy lżejszej. Gdyby tak choćby np. p. Wałęsie, który też niewybrednie o p. Mikkem się wypowiadał, a któremu nigdy nawet nie przyszło do głowy żeby się z czegokolwiek tłumaczyć, a tym bardziej przepraszać. A tu bęc. Trafiło na delikatnego inteligenta.

Zapominając jednak o chrześcijańskim miłosierdziu, czy dezaprobacie dla zbyt długotrwałego, zatwardziałego gniewu to należy pamiętać, że z całą pewnością proceder, nawet uzasadnionego, co wymaga ów kodeks honorowy, ale jednak fizycznego upokorzenia bliźniego swego nie mieści się w kanonie zachowań chrześcijanina. Chyba nie każdemu z nas tak łatwo przyszłoby spoliczkować kogoś, kto nie przeprosił nas za to co powiedział przeszło 20 lat temu? Może trochę przesadzam, bo to jednak tylko takie sobie symboliczne „smagnięcie”, a nie żadna tam przemoc fizyczna, ale do plucia komuś w twarz to już trzeba mieć nie lada „predyspozycje” i „temperament” nieprawdaż (co również p. Mikke zapowiadał, ale spotkawszy się ostatnio z p. Bonim w sądzie, jakoś tego nie "wyegzekwował"?)? A może ta chrześcijańska niechęć do upokarzania bliźniego, to jakieś niepotrzebne ubzduranie? To wszystko zapewne przez naszego narodowego wieszcza, który nastręczył nam tego Juranda ze Spychowa z jego arcymiłosierną postawą i zaraził nas obezwładniająco na wieki? Na zakończenie tego akapitu warto również zauważyć, że Kościół surowo zabrania rozstrzygania sporów za pomocą pojedynków oraz ich prowokowania.

To, że Kościół od dawna potępiał kodeks honorowy to rzecz oczywista, ale warto również przypomnieć jak odnosili się doń oświeceniowi intelektualiści. Przede wszystkim podnosili, że tak specyficznie rozumiany honor spoczywa w ręku, a nawet na końcu języka pierwszego lepszego człowieka. Chyba nie może być tak, że przykładowo szlachetna osoba, o tęgiej głowie, czy znakomitych umiejętnościach może utracić honor jeśli tylko jakiemuś niewydarzonemu osobnikowi, czy wprost nikczemnikowi zechce mu się go zelżyć. A przecież nie od dziś wiadomo, że o to nie trudno, bo przeciwieństwa się wszak przyciągają, a stąd wszelakie cnoty, zalety i powodzenie wywołują rozdrażnienie i wściekłość przeróżnych zawistników (jak niezwykle trafnie sportretował to p. Rafał Ziemkiewicz w swojej książce: „Polactwo”).

Proszę przy tym zwrócić uwagę, że to właśnie ów kodeks stawia ich na równi z tymi, którzy stają od nich niemalże pod każdym względem o kilka klas wyżej. Tylko jakiś troglodyta naubliża komuś zacnemu, a tego pogrąża otchłań „nieczystości”. Wadę tę ogranicza poniekąd instytucja tzw. zdolności honorowej, która ma za zadanie wykluczać zarówno ludzi nie zasługujących na jakiekolwiek poważanie i szacunek jak i występnych (np. oszczerców; czyż p. Boni, nie powinien zostać zdyskwalifikowany w oparciu o to kryterium?), ale w praktyce, aż roiło się od przypadków, w których to ludzie zdolności takowej nie posiadając nobilitowali się właśnie poprzez grubiaństwo w stosunku do ludzi ze wszech miar szlachetnych.

Wyobraźmy sobie, że przykładowo ktoś o ugruntowanej pozycji społecznej, powszechnie szanowany, posiadającej znaczny majątek, będący głową rodziny, której pomyślność zależy od niego zostanie zelżony przez jakiegoś awanturnika, którego profesją jest wynajdowanie i upokarzanie bogu ducha winnych ludzi w celu rozboju i uzyskania dla siebie korzyści. W kodeksie honorowym grubiaństwo jest zatem właściwością, która rekompensuje lub równoważy każdą inną. Największy grubianin ma zawsze rację. Można popełniać największe głupstwa, chamstwo, niegodziwości, zło – grubiaństwo wszystko wymaże i z miejsca je uprawomocni.

Przypuśćmy, że prawda i słuszności leżą po danej stronie. Druga go jednak zelży. Wszystkie racje wtedy mogą się schować, a honor można odzyskać nie dzięki słuszności i roztropności lecz tylko strzałem lub ciosem. To tak jakby nie oskarżyciel musiał dowieść winy, tylko oskarżony swej niewinności. Czyż to nie kuriozum? Jeśli np. w dyskusji, czy rozmowie ktoś wykaże się większym znawcą tematu, a nam braknie kontrargumentu, wystarczy go obrazić, aby przejść do bardziej „bezpośrednich” „form wyrazu”, w których to akurat my się lepiej znajdujemy.

Niejednokrotnie zdarzało się tak, że gdy wierzyciel domagał się spłaty długu, dłużnik wymigiwał się od niego obrzucając tego pierwszego obelgami, które kończyły się nie inaczej jak pojedynkiem, w którym „bohatersko” ginął wierzyciel, zostawiając żonę wdową, a dzieci zubożałymi sierotami. A nadużywanie kodeksu honorowego było wręcz nagminne. Do pewnego stopnia „ominięciem” tego typu sytuacji był również tzw. awantaż, który polegal na tym, że skoro ktoś zachował się grubiańsko, my zachowujemy się jeszcze gorzej. Ktoś np. nazwie nas durniem, to my go idiotą, itd., itd., aż nam się znudzi lub dojdzie do pojedynku (to rzecz jasna ulubiona „procedura” warszawskich kierowców; ale z drugiej strony co zrobić? Wysiadać co pół godziny z samochodu i policzkować lub wyzywać od razu na pojedynek?). Warto przy tym zauważyć, że ten swoisty substytut klasycznego procesu restytucyjnego opiera się na zasadzie, że o ile zostać zelżonym jest hańbą, to zelżyć kogoś jest czymś nobilitującym. A zatem znów: grubiaństwo przede wszystkim.

Oświeceniowi myśliciele poddali zatem w wątpliwość zasadę, wg której, w sprawach honorowych, ostateczną instancją, do której można się odwołać jest siła fizyczna. To uznanie, że wartości duchowe, czy moralne stoją niżej od walki fizycznej, która jako ostateczny arbiter, tak niepodzielnie dominuje wśród zwierząt. Można ją nawet ubrać w najwykwintniejszy rytuał, formy i celebrę, ale to nie zmieni jej prawdziwego oblicza, którym jest „prawo pięści”. Oczywiście te wszystkie nadużycia i wady próbowano ograniczać przykładowo poprzez instytucję tzw. sądów honorowych, które w uzasadnionych przypadkach (np. na podstawie dokumentów, czy zeznań stron), a szczególnie gdy stanowiły one zwykłą prowokację, odmawiały prawa żądania satysfakcji, rozstrzygając spór na korzyść ofiary awanturnictwa i przywracając mu należną cześć.

Podnoszono też, że według kodeksu honorowego pojedynek jako taki, czy pisząc ściślej jego rezultat, w żadnym przypadku nie przesądza o racji zwycięscy (odejście od „logiki” ordaliów), a jest jedynie sprawdzianem męskości i odwagi, których to cech należy wymagać wszak od każdego mężczyzny. Nie chodziło też o okaleczenie kogokolwiek, nie mówiąc już o zabiciu, a każdemu pojedynkowi asystował obowiązkowo chirurg. No tak, ale z drugiej strony, mówimy: Armia? Tylko zawodowa. I postulujemy zaprzestanie tego haniebnego, powszechnym poboru, który zmusza do wojaczki nawet pacyfistów. Bo przyjmujemy do wiadomości, że nie każdemu tego typu „ewentualność” może przypaść do gustu, a męstwa i odwagi, która „nie boi się śmierci” nie wymagamy od każdego, a jedynie od tych, którzy się na to decydują i za co ich podziwiamy (żołnierze, strażacy, policjanci, pracownicy na wysokościach, itd.).

Ludzie oświecenia podnosili jeszcze szereg argumentów przeciwko kodeksowi honorowemu, które można zamknąć wytyczną: „palec pianisty jest więcej wart niż palec drwala”, a która bynajmniej nie miała na celu umniejszania wartości czyjegoś życia, czy choćby zdrowia, ale zwracała uwagę na fakt, że w społeczeństwie jest całe mnóstwo bardzo wartościowych i pożytecznych ludzi (naukowcy, artyści, inteligencja; duchowieństwo zawsze było wyjęte spod kodeksu), których wystawianie na pastwę cynicznych i nikczemnych warchołów i obligowanie do narażania swojego jest życia jest irracjonalne. Dziś przyjemnie ogląda się westerny, w których to heros-szeryf rozgramia całą bandę parszywców, ale proza życia miała zupełne inne oblicze, w którym to godność zacnych i przyzwoitych ludzi była wdeptywana w ziemię prochem i ogniem. W obecnych czasach takich szeryfów, co to dbają o porządek publiczny i praworządność jest znacznie więcej, a imię ich to policja.

Jak słusznie zauważył śp. Stefan Kisielewski w Europie zaginął duch wojownika. Powszechny dobrobyt i dążność do ograniczania wszelakiego ryzyka sprawił, że rzeczywiście co raz mniej nam się chce wystawiać swego własnego zdrowia i życia „na najwyższą próbę” (oprócz motocyklistów rzecz jasna), a ochronę nietykalności swojego dobrego imienia pozostawiamy sądom, z czego zresztą korzystamy zresztą niezwykle, bo z reguły autorytatywnym i wystarczającym arbitrem jest osąd ludzi kulturalnych i przyzwoitych. Czy powinno się to zmienić? Może rzeczywiście mając na względzie odrodzenie ducha naszej cywilizacji, który najwyraźniej słabnie i zanika, należy przywrócić kodeks honorowy? Kodeks, który z jednej strony będzie studził zapał do nonszalanckich sądów, aroganckich insynuacji, pomówień, czy rzucania oszczerstwami, a z drugiej obligował do jednoznacznych reakcji na takowe, z domaganiem się pojedynku włącznie?

Kto miałby być nim objęty? Co z dziennikarzami, krytykami, komentatorami, politykami, którzy obecnie właściwe nic innego nie robią, jak wykorzystują każdą okazję, aby komuś dołożyć, niekoniecznie w elegancki sposób. Spełnienie jakich kryteriów przyznawałoby zdolność honorową? Nie ma klas społecznych, a dziś osób z dyplomem znacznie więcej niż ongiś piśmiennych, choć nie wielu z tych pierwszych zasłużyłoby na taki status według ówczesnych wymagań. Wystarczy zajrzeć do internetu, aby przekonać się, że przywrócenie kodeksu honorowego napotkałby wprost niewyobrażalny problem nadmiaru przypadków kwalifikujących się do rozstrzygnięć honorowych, choć w tym konkretnym przypadku, tzn. tzw. „hejtu” chyba już wszyscy wyrobiliśmy sobie właściwy tryb postępowania, a mianowicie mamy to w głębokim poważaniu, a mówiąc dosadniej, hołdujemy tu zasadzie: nie ruszaj gó…a, bo będzie tylko śmierdzieć. Skądinąd zdarzają się przypadki, że nawet tzw. celebryci ścigają po sądach przeróżnych internetowych neandertalyczyków, ale rezultaty tegoż są raczej zniechęcające, bo jaka to satysfakcja z poświęcenia kilku dni swojego życia, aby sąd skazał jakąś tępotę na 200 zł. kary, którą i tak nie zapłaci, bo to zwykły jakiś gołodupiec, mieszkający kątem u mamusi, niemający nic do robienia oprócz wytrząsania się nad kimś poprzez klawiaturę.

Nawet Pan Mikke – i to już dosyć dawno – dostrzegł był ten „problem” i chyba słusznie nie podejmuje „nierównej walki” z „ozjaszoburcami”. Podejrzewam, że również Włodzimierz Putin nie czuje się zbytnio sponiewierany przez naszego rodzimego „artystę” p. Maleńczuka. Inna sprawa, że czci nie traci się nie tylko na skutek pomyłki, ale właśnie potwarzy, oszczerstw lub złudnych pozorów, a stąd też mamy ustawy ścigające potwarz, paszkwile i obelgi, a stosownym i wystarczającym środkiem zaradczym jest obalenie powarzy z należytym rozgłosem i zdemaskowanie potwarcy. 

No, a jeśli pojedynek byłby nie do uniknięcia, to jaki miałby być? Pistolety? Przy dzisiejszej ich precyzji? Pewna śmierć obojga uczestników (pod koniec złotej ery kodeksu honorowego, nadzwyczaj pragmatyczni francuzi, urządzali niektóre pojedynki na pistolety w ten sposób, że oboje „urażeni” kamikadze stawali naprzeciw siebie w wykopanym dole, zakładali na siebie białe prześcieradło i strzelali do siebie z odległości jednego metra. Bo po co „żyć” złudzeniami.). Szable chyba byłby wciąż OK, tylko nauka fechtunku musiałaby powrócić do łask (może zamiast urządzania strzelnicy na Siekierkach zostawić puste pola, aby ludzie mogli się przygotowywać do pojedynków?). A może po prostu gołe pięści? Chociaż to jednak niezbyt nobliwe i estetyczne, a przypominam, że jedynie właściwą odpowiedzią na akt spoliczkowania była walka „na śmierć i życie”, co w przypadku pojedynku na pięści nie jest wcale takie łatwe, chociażby ze względu na zmęczenie obydwu stron.

Następną kwestią jest porządek prawny, który też trzeba by zmienić, aby wykluczyć jakiekolwiek konsekwencje prawne pojedynkowania się. A może w ogóle nie bawić się w przywracanie kodeksu honorowego jako takiego tylko w celu spotęgowania cnót odwagi i męstwa zobligować wszystkich mężczyzn do jednego pojedynku rocznie (np. w wyniku losowania; po co czekać na preteksty natury honorowej; może ludzie będą tak taktowni i grzeczni, że nigdy się tego nie doczekamy?), które mogłoby być organizowane przez wojsko. Jak Państwo widzą, jest całkiem sporo kwestii, nad którymi warto byłoby się zastanowić, zanim zaczniemy powszechne plaskanie i szabelkowanie.

https://www.facebook.com/KrzysztofSzpanelewskiEuro2014

Data:
Tagi: #
Komentarze 0 skomentuj »
Musisz być zalogowany, aby publikować komentarze.
Dziękujemy za wizytę.

Cieszymy się, że odwiedziłeś naszą stronę. Polub nas na Facebooku lub obserwuj na Twitterze.