Serwis używa plików cookies, aby mógł lepiej spełniać Państwa oczekiwania. Podczas korzystania z serwisu pliki te są zapisywane w pamięci urządzenia. Zapisywanie plików cookies można zablokować, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej o plikach cookies możesz przeczytać tutaj.

Autorzy więcej

Niezawisłość sądu to nie fanaberia

Władza sądownicza nie ma ostatnio dobrej prasy, w czym spory udział mediów, które uczynnie przygotowują politykom grunt pod rozprawę z „kastą nadzwyczajnych ludzi”. W przestrzeni publicznej mnożą się informacje o skandalicznych postanowieniach rodzimej Temidy oraz szczególnie jaskrawych przypadkach, kiedy jej przedstawiciele kradną sprzęt RTV. Chodzi o to, żeby podejmowanym przez ministra Ziobro próbom podporządkowania wymiaru sprawiedliwości zapewnić pozytywny odbiór społeczny; aby zniecierpliwiony nadużyciami obywatel uznał zasadność planu ograniczenia niezawisłości sędziowskiej. Akcja propagandowa odnosi skutek, ponieważ społeczeństwo nie trawi uprzywilejowania w żadnej postaci. Wystarczy wskazać na specjalny status sędziów, a najniższe ludzkie instynkty same dochodzą do wniosku, że niezależność od władzy politycznej jest nonsensem generującym bezkarność. Tym samym żywotny interes człowieka umyka jego uwadze, zagłuszony tyradami rządzących na temat rzekomo patologicznego środowiska.

Uważam, że apelowanie do obywatelskiej świadomości jest w tym kontekście pozbawione sensu. Górnolotne wezwania do szacunku dla norm prawnych cywilizowanego świata spotkać się mogą wyłącznie z obojętnością lub sprzeciwem wyrażonym w pytaniu – „a właściwie do czego mi potrzebna niezależność sędziów?”. Odpowiedź sformułowana w oparciu o abstrakcyjne ogólniki byłaby lekceważąca w stosunku do tej, skądinąd całkiem racjonalnej, wątpliwości. Korzyści są oczywiście partykularne, niemniej widoczne jak na dłoni dopiero w świetle codziennego życia. Dlatego właśnie pozwolę sobie opatrzyć niniejsze zagadnienie przykładem autentycznej historii człowieka, któremu demokratyczna zasada trójpodziału uchroniła dobytek przed łapskami pazernego państwa.

Otóż pewien mężczyzna prowadził drobne przedsiębiorstwo budowlane, a kiedy interes przestał się kalkulować najpierw zawiesił, po czym zamknął firmę. Po kilku latach od zakończenia tego epizodu gospodarczego, jak grom z jasnego nieba, spadł nań list z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych domagający się uiszczenia kwoty kilkunastu tysięcy złotych. Okazało się bowiem, że zawieszając działalność nieborak fatalnie zaniedbał kwestię poinformowania o tym ZUS-u, który przez cały okres naliczał składki jego byłym pracownikom. Nie był człowiekiem majętnym, aczkolwiek udało mu się wynegocjować rozłożenie tej zaległości na comiesięczne raty, więc przypuszczał, że wychodzi na prostą. Po spłacie mniej więcej połowy długu wstrząsnęła nim jednak kolejna hiobowa wieść; narodowy ubezpieczyciel, pomimo wcześniejszej umowy i sumiennego wywiązywania się z niej, wystąpił z wnioskiem o prawo współwłasności do jego mieszkania.

Na próżno mężczyzna interweniował w ZUS, apelując do bezdusznego urzędnika o chociaż krztynę przyzwoitości. Do opresyjnych przepisów dołożył się dodatkowo dynamiczny klimat dobrej zmiany, która nastała w tzw. międzyczasie – bardzo aktywnej w sferze wierzytelności – więc odprawiono go z kwitkiem. Jako ideowy wyborca PiS-u wyjątkowo boleśnie odczuł konsekwencje własnego wyboru politycznego, który się nagle objawił w tak intensywnym staraniu państwa, aby z pokaźną nawiązką odzyskać odeń co należne. Na szczęście znalazła się instancja, która, mądremu po szkodzie, pozwoliła zachować dobytek. Tak, tak, domyślny czytelnik już wie, o jakim wybawcy tutaj mowa. Z wielką ulgą i wdzięcznością nasza egzemplifikacja praktycznego znaczenia niezawisłości sądowniczej zapoznawała się z postanowieniem odrzucającym, ze względów formalnych, paskudne zusowskie roszczenie zwane hipoteką przymusową.

Zauważy ktoś słusznie, że wszelako nie można uzasadnić tej decyzji sędziego żadnym odruchem sprawiedliwości, bo skoro znalazły się uchybienia formalne we wniosku, to miał obowiązek postąpić dokładnie tak, jak postąpił. Właśnie w tym jednak rzecz, drodzy obywatele, w tym sedno sprawy, aby wyroki zapadały zgodnie z prawem, a niezależnie od oczekiwań państwowych organów. Tymczasem wyobraźmy sobie, jak odmiennie mogą wyglądać analogiczne sytuacje sporów między obywatelem a państwem, kiedy wymiar sprawiedliwości zaprzęgnięty już zostanie do służby temu drugiemu. Jeśli ponad prawem i niezawisłością sądów postawimy „dobro narodu” definiowane przez konkretną opcję polityczną, to w jego myśl zwykły człowiek stanie się wkrótce tylko ubezwłasnowolnionym narzędziem. I dopiero ogołocony ze wszystkiego pomstować będzie na własną krótkowzroczność; gorzko żałując, że widział tylko fanaberię w jednym z filarów demokratycznego ustroju. Systemu, który tak niespodziewanie runął mu teraz na głowę – gdy nadzwyczajną kastę ludzi, ku zawistnej radości mas, zapędzono do jednego stada wyrobników.

Data:
Kategoria: Polska
Komentarze 1 skomentuj »

Dużo Pan pisze , a mało wie. Są dwie grupy sędziów niezawisłych: ci,którzy osiągnęli szczyt kariery i nie mają najbliższych w WS, których kariera ich obchodzi oraz ci, którzy karierę mają gdzieś. Sumarycznie - to margines. To , na jakiego sędziego trafisz jest albo dziełem przypadku (gdy nikt ważny nie jest wynikiem sprawy zainteresowany) albo prezesa lub przewodniczącego wydziału - w sytuacji przeciwnej. Trzech zawodowych sędziów, to na ogół jeden sędzia zorientowany w sprawie i dwóch dawców podpisów pod protokołem. Chodziło o fanaberie a wyszły farmazony (i to nie pierwszy raz). Pozdrawiam .

Musisz być zalogowany, aby publikować komentarze.
Dziękujemy za wizytę.

Cieszymy się, że odwiedziłeś naszą stronę. Polub nas na Facebooku lub obserwuj na Twitterze.